Pasja, to sfera
życia człowieka niezwykle ceniona. Sfera niesamowicie budująca i ważna.
Nadająca sens, motywująca. Ale co jeśli w pewnym momencie staje się chorobliwa,
wymyka się spod kontroli i prowadzi do
swego rodzaju obłędu? Gdzie jest granica pomiędzy przekraczaniem swoich
możliwości, a wspomnianym obłędem i desperacją?
Andrew (Miles
Teller) to zwykły chłopak wychowywany przez samotnego ojca, kochający muzykę,
kochający nad życie jazz. Chłopak z marzeniami, niezwykłą wrażliwością… z
ambicjami do bycia jednym z najbardziej cenionych muzyków. W pewnym momencie w
jego życiu pojawia się profesor - legenda, pan Fletcher (J.K. Simmons). I
wszystko przestaje być takie jak kiedyś.
Powiem więcej - Andrew zaczyna swoją wędrówkę przez prawdziwe piekło,
które zostawi ślad w jego psychice na zawsze. Z chłopaka zakochanego w jazzie,
wkładającego w grę na perkusji całego serca, ba, całej duszy, staje się swego
rodzaju robotem. Robotem, który a wszelką cenę chcę być coraz lepszy - nie dla
muzyki, ale dla uznania Fletchera i wizji postrzegania go jako WIELKIEGO. Pot,
łzy, zszarpane nerwy, poniżanie, upokorzenia, tryskająca krew, dosłownie
spływająca po pałeczkach i talerzach - to tylko nieliczne ze zjawisk
towarzyszących młodemu muzykowi, który stawia wszystko na jedną kartę,
rezygnując nawet z miłości.
Ten, kto myśli, że
jest to film o muzyce - myli się. W żadnym wypadku nie jest to produkcja
poświęcona tej tematyce. Oczywiście, można powiedzieć, że staje się ona swego
rodzaju bohaterem filmu, ale to nie zmienia faktu, że jest to film, nie o
muzyce, a o MUZYKACH, a to zdecydowanie różnica. Film o wyrzeczeniach,
ciężkiej pracy, zniszczonej psychice, o dążeniu do perfekcji, ot tak, za
wszelką cenę…. do ostatniego tchu. O tym, jak pasja może stać się największym
koszmarem. O tym, ile człowiek jest wstanie znieść dla miłości swego życia, dla
własnych ambicji.
Abstrahując od tego, o czym jest ten film, a o czym nie jest, na
długi czas w mojej pamięci pozostanie obłęd w oczach głównego bohatera w
ostatniej scenie. Obłęd pomieszany ze strachem, desperacją i walką o dobre
imię. Ta tryskająca krew z otwartych ran od pałeczek. Zaciśnięte zęby, twarz
czerwona od bólu. To naprawdę zostaje w widzu, do tego stopnia, że ja,
wychodząc z kina, po kilku minutach milczenia powiedziałem tylko: 'woow…'
Jedyną wadą, jaką w
tej chwili dostrzegam, to to, że reżyser w pewnym momencie zapomniał o duszy w
muzyce. Pod koniec słyszymy już tylko technikę, dopracowaną praktycznie do
perfekcji. Myślę, że za bardzo się na niej skupił. Tam już nie ma muzyki, która
koi, bawi… zostaje tylko technika.
Technika i walka, pomieszana z obłędem i smutkiem. Może nawet z rozpaczą
i desperacją. Tego właśnie mi brakuje - prawdziwej muzyki, tej z duszą. Liczenie
taktów, kontrolowanie tempa - tak, wiem, że bez tego nie ma muzyki, ale chyba za
bardzo to wszystko zostało oparte właśnie na tym, czego się czepiam. Zabrakło dobrej zabawy, radości…
Mimo wszystko jest to film dla pasjonatów muzyki, nie tylko jazzu, ale
ogólnie pojętej muzyki. Warto go zobaczyć, chociażby dla perfekcyjnej techniki,
świetnych kreacji aktorskich obiecującego Tellera i Simmosa. Jest to film
także, a nawet przede wszystkim dla tych, którzy szukają produkcji, która w pamięci pozostanie na długo. Ta zdecydowanie pozostanie, nie ma
innej opcji, gwarantuję. Film wbija w fotel, sprawia, że każda kolejna minuta
zmienia coś w nas, ot tak po prostu. BRAWO!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz