4/29/2015

koniec kolejnego etapu - czyli krótka rozkmina o konflikcie pokoleń i pracy w call center.

Dziwne jest to, jak bardzo przywiązujemy się do rzeczy, miejsc, czy (chyba najbardziej) ludzi. Jak ciężko kończy się etap w życiu. Mimo że najpierw klniemy, narzekamy, to przychodzi moment, kiedy wszystko się kończy i jest tak dziwnie... tak przykro, cholera jasna. Czy nie łatwiej byłoby żyć tak obojętnie? Tak bez jakiegokolwiek przywiązania, sympatii, całkowicie bezosobowo?
[jedno z tych mega irytujących zdjęć w ogłoszeniach o pracę ;) ]

Pierwsza stała praca. Zabawiłem tam 7 miesięcy. Siedem długich miesięcy. Siedem pierwszych miesięcy w mieście królów - odwiecznym marzeniu. Siedem, prawdopodobne najważniejszych miesięcy, kiedy zacząłem nowe życie z dala od przyjaciół, rodziny. 170 km od dotychczasowego życia, do dzisiaj. I w tym wszystkim uczestniczyła właśnie moja praca.Wiecie co? Cholera jasna, zżyłem się ze wszystkimi tak bardzo - mimo że różnica wieku była bardzo duża, bo aż (co najmniej) 30 lat. Okazuje się, że to nie ma znaczenia...

Ta praca pokazała mi, że to nieprawda, iż młode pokolenie w żadnym wypadku nie może dogadać się z tym sprzed kilku dekad.To nieprawda, że odbieramy na zupełnie innych falach, że nie mamy o czym rozmawiać, że całkowicie się nie rozumiemy. To nieprawda, że nasze problemy, zainteresowania całkowicie się różnią. Wniosek, do jakiego dochodzę jest taki, że wina leży po obydwu stronach - my się po prostu nie chcemy dogadać. Przecież wiecznie modny i aktualny motyw konfliktu pokoleń jest taki popularny. Przecież łatwiej jest wykłócać o to kto ma rację, kto jest mądrzejszy i bardziej doświadczony, kto żył w trudniejszych czasach, a kto taki bardziej nowoczesny, modny i wyluzowany, aniżeli zamknąć usta, i przemilczeć swoją racje. Najlepiej, tak po polsku, pokłócić się z całym światem i sobie tkwić w przekonaniu, że konfliktu pokoleń przeskoczyć się nie da... A to nieprawda, gwarantuję na podstawie własnych doświadczeń. Nie wiem ile w tym mojego szczęścia do ludzi (na chcę zapeszyć, ale do tej pory niewątpliwie je miałem), ale trafiłem naprawdę na świetnych, pozytywnych ludzi, którzy, jak każdy - niezależnie od wieku - mieli też swoje humory, problemy. Ludzi, dzięki którym dalej wierzę w to, że normalność nie wymarła.


Mimo że praca była jaka była (czego można spodziewać się po call center?) to ten etap w moim życiu będę wspominał z dużym uśmiechem. To był dobry czas. Szybki, wypełniony obowiązkami do granic możliwości, czas ciężki do ogarnięcia, ale zdecydowanie dobry. Już dzisiaj wiem, że dziwnie będzie funkcjonować bez 'słuchawki', problemów klientów - bez pani Krysi, co okradł ją syn, pani Zosi, co czeka na wnuki ze Stanów, pana Mariana, co nie lubi smutasów, zboczonej pani Uli, co gada tylko o tym, co zbereźne, a nigdy nic nie kupi, Marysi, która choruje na raka, czy pana Waldka historyka, który uważa, że moje nazwisko może pochodzić z Jugosławii. Praca w call center to prawdziwa podróż przez ludzkie problemy i odchyły... ale żeby już tak ciągle nie słodzić, to i walka o przetrwanie - przede wszystkim psychiczne. Wcale nie jest tak lekko i superowo.

Reasumując, świetna atmosfera, ciekawe doświadczenie i zaprzeczenie powszechnie znanej opinii - w call center da się wytrzymać dłużej niż miesiąc - wystarczą chęci, naprawdę! :)

4/21/2015

today is my birthday.

Nadszedł ten dzień, kiedy przestałem być nastolatkiem. Nie jest to dzień wcale smutny, ale z uwagi na sentymentalizm, w który uwielbiam wpadać - porozkminiamy. A tak fajnie mieć to naście...      



To jest bardzo dziwne, bo tak jakby wczoraj odliczałem dni do 18stki, bałem się żeby nie rodzice nie wyczuli alkoholu, papierosów - te magiczne pięć minut, kiedy wchodzisz domu i dziwnym trafem trzeźwiejesz na moment, żeby zaraz położyć się w swoim łóżku i odlecieć z samolotami w głowie. A co to za radość była, kiedy się udało i nikt się nie zorientował... jaka ulga. Nie ukrywam, że tego 'rytuału' to aż mi brakuje, bo wiadomo to co nielegalne jest najlepsze - nie oszukujmy się! A teraz, co to za radość? Pijesz, spotykasz się znajomymi... i tyle. Zero adrenalinki w postaci rodziców. 

Pamiętam, jak planowałem imprezę osiemnastkową, (to akurat kilka dobrych lat) milion pomysłów, od balu maskowego po imprezę tematyczną żeby później postawić na kameralną imprezę wśród najbliższych znajomych w domowym zaciszu. Dylematy jaką wódkę kupić, zaprosić ją, jak ona mnie nie zaprosiła? Te lamenty mojej mamy dotyczące tego, że może akurat nie będziemy robić imprezy, że to tyle roboty, przygotowań (mimo  wszystko była zadowolona, bo było spokojnie  stwierdziła, że mam kulturalnych znajomych i niech tak myśli nadal - tak, nie widziała wszystkiego).




Latka lecą, normalka. To prawda, że do 18stki się dłuży, no ale później? MASAKRA. Dzień za dniem, rok za rokiem... A ja? Ja to ciągle jestem, mimo wszystko, tym samym Tomkiem. Tomkiem z wielkim uśmiechem, prostackim poczuciem humoru, zagubionym spojrzeniem. Wiadomo, zmieniam się - dziwne by było gdyby tak się nie działo - ale staram się pozostać sobą. Jedyną refleksją jest to, że zamiast coraz mądrzejszy, to coraz głupszy się staję. Że czasami za bardzo wierzę w ludzi. Ale kurka wodna (pozdrawiam pana profesora!) jestem na fajnym etapie w swoim życiu, nie ma co narzekać, a te dwadzieścia lat to najlepsze dwadzieścia lat, jakie mogło mi się przytrafić. Masa cudownych ludzi, wspaniałych miejsc i przygód...
 Kurde, chyba teraz najlepsze (jeszcze lepsze?) lata przede mną, nie? Jakby nie było, zamierzam je wykorzystać z całych sił! W końcu - 20 lat ma się tylko raz! :)

Czego sobie życzę?

  • Zdrowia - bo jak to mówi moja babcia Janina: "Jak jest zdrowie, to jest wszystko..." To prawda. Możesz mieć kasę, miłość, świetna pracę i cudownych przyjaciół - nie masz zdrowia to nic z tego. 
  • Żeby na drugiej sesji poszło mi jak na pierwszej.
  • Konsekwencji w realizacji celów. 
  • Siły dużo, żebym nadążał za sobą.
  • Dużo, dużo inspiracji i radości.
Resztę przyjmę, wiadomo - i tak innego wyjścia nie mam! Żadnych postanowień, planów, będzie po prostu jak ma być. :)


~

PIOTR KARWAT PHOTOGRAPHY

4/15/2015

COACHELLA FESTIVAL.

Pierwszy weekend jednego z najpopularniejszych, a na pewno najmodniejszych festiwalów świata za nami! Ponad pół miliona uczestników, tłumy gwiazd. COACHELLA FESTIVAL to nie tylko święto muzyki. To święto muzyki, mody, sztuki i dobrej, ba, świetnej zabawy.



I kiedy tak jak ja siedzisz przed swoim laptopikiem, który mac'iem nie jest, zasmarkany z toną chusteczek higienicznych, w tej swojej Polsce i ze łzami w oczach łudzisz się, że kiedyś i ty poskaczesz w rytm największych hitów z gwiazdami znanymi z portali plotkarskich (i nie tylko, bo gwiazdy wielkiego formatu też się tam bujają, np. moja przyszła żona - Beyonce bywa tam co roku) i tłumem Amerykanów, ubrany w ciuchy co najmniej ze specjalnej festiwalowej kolekcji H&M'u - usiądź ze mną, pofantazjujemy razem!          
                        
Już na początku uświadom sobie, że na 85% akurat na ten festiwal cie nie zawieje, bo daleko i drogo. Ale zawsze pozostaje 15%, a to jakaś nadzieja jest. Tymczasem zapchajmy się czymś słodkim na pocieszenie - ty pewnie przytyjesz, ja (niestety) na pewno nie...

W tym roku, podczas pierwszego weekendu koncertowicze mogli pobawić się na koncertach między innymi [całość obok] AC/DC, Florence and the Machine, Drake'a, Davida Guetty, Rayana Adamsa, Jacka White'a, Marina and the Diamonds, Lykke Li, Hoziera, The Weekend, Azealii Banks... i wielu, wielu innych.

Jednak odnoszę wrażenie, że tutaj nie do końca o muzykę chodzi. Tam po prostu trzeba być, trzeba się pokazać, modnie, stylowo ubrać... i bardzo, bardzo dobrze się bawić. Pić, tańczyć, śpiewać i nie byłby w tym nic dziwnego (wszystko, co wymieniłem jest w 100% festiwalowe), ale na tym trzeba dodatkowo 'uważać', bo fotoreporterzy są wszędzie. Oczy całego świata skierowane są właśnie tam... bo jest modnie.




Fenomenalny koncert powracającej z nowym materiałem Florence. Zachwycam się, z każdą minuta coraz bardziej. Jej naturalność na scenie mnie powala. I ta radość z koncertowania. Cudownie, że do nas wraca i trzymajmy kciuki, żeby naszą POLSZĘ odwiedziła, a najlepiej do Kraków (taka piękna Arena wybudowana, toż to nie może się zmarnować!). Podczas koncerty Drake wyskoczyła oczywiście babcia Madonna, coś tam pokrzyczała do mikrofonu.... i skandal - wsadziła język w gardło młodego wokalisty. Madonna, jak to Madonna, zrobiła trochę szumu koło siebie, bo nowa płyta sama się nie sprzeda.


W tym roku mnie tam jeszcze nie było, ale pracuję nad tym... :)

4/13/2015

dzień za dniem, dzień po dniu...

Powroty do codziennego biegu po chilloutowym weekendzie bywają naprawdę ciężkie. Ledwo człowiek wyhamuje, zatrzyma się na te 2 dni, podchodzi z głową w chmurach, a już trzeba od nowa się rozpędzać... Life is life. I jest tak jak w wybitnym serialu Plebania: "dzień jak co dzień, dzień po dniu, wciąż się dzieje życia cud".  





Każdy z nas potrzebuje nicnierobienia. Każdy z nas potrzebuje zwykłej odskoczni. Ot tak po porostu pospać do 11:00, wyjść na spacer, powygrzewać twarz w słońcu, zebrać myśli, pójść ze znajomymi na imprezę i pobujać się do łupanki, czy muzyki lat '90. Każdy z nas chce po prostu posłuchać swojej muzyki, poczytać książę, obejrzeć film, czy serial bez poczucia "mam jeszcze tyle do zrobienia". Każdy z nas chce pobyć sam ze sobą i zająć się tylko końcem swojego nosa - bo to jest potrzebne,  ba, rzeczywiście konieczne, żeby nie zwariować w tym powalonym, szybkim świecie i nie uwierzę, że jest inaczej!

A najgorsze są właśnie te powroty do rzeczywistości. Może najgorsze to za dużo powiedziane, ale na pewno bolesne. Nie oszukujmy się - organizm się buntuje i ciężko go przekonać, że czas na przebudzenie z dwudniowego beztroskiego, przyjemnego snu.        

 Swoją drogą,  Kraków z dnia na dzień jest coraz piękniejszy, dosłownie. Powiedzmy sobie wprost - zimą nawet Miasto Królów jest szare, brudne (a to, to przede wszystkim) bylejakie, takie smutne. Kraków wymiera na kilka miesięcy. Puste (jak na to miasto) ulice, mniej osób w klubach i innych  fajnych miejscach. Aż nagle zaczyna się wiosna,  a na usta ciśnie się pytanie: "gdzie, do jasnej cholery, podziewały się te tłumy?!" W sumie, to jest całkiem fajne - tak myślę. Chociaż, weźmy na przykład Zakrzówek (patrz na zdjęcie - polecam, idealny na sklejanie się do kupy i rozmyślania egzystencjalne) lepszy jest taki wyludniony - no cóż, nie można mieć wszystkiego.

~

PHOTO BY JULIA BAMBYNEK 

4/10/2015

run, run, run.



Dzisiaj (był) taki piękny dzień - mimo że już się kończy, to i tak nie możemy go zmarnować! Za oknem około 20 stopni (toż to lato prawie!), a weekend zapowiada się jeszcze bardziej... letni. Więc jak nie biegać, jak nie spacerować, to przynajmniej opalać się trzeba, czy wdychać to ciepłe powietrze, bez dyskusji!

Ale ja dzisiaj wyjątkowo nie chcę skupić się na tym, że wiosna jest super, że wiosna jest fajna, że to moja ulubiona pora roku. Dzisiaj chcę podzielić się krótką rozkminą dotyczącą... biegania.


4/07/2015

MOTYL STILL ALICE - recenzja filmu.


W życiu jest tak, że kiedy jesteśmy młodzi nie myślimy o chorobach, śmierci, czy o tym, że nadejdzie moment, kiedy będziemy uzależnieni od innych osób. Biegniemy, pniemy się po szczeblach kariery, zakładamy rodziny i wydaje nam się, że tak będzie już zawsze, że jesteśmy spełnionymi panami życia i nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Okazuje się, iż nie do końca...


Alice Howland (w tej roli zdobywczyni tegorocznego Oscara Julianne Moore) to kobieta sukcesu, kobieta zdecydowanie spełniona. Matka trójki dorosłych już dzieci, szczęśliwa i mimo upływu lat, ciągle zakochana żona. Szanowana profesor lingwistyki na Uniwersytecie Columbia, ceniąca ponad wszystko swój intelekt i rodzinę. Poznajemy ją w dniu jej pięćdziesiątych urodzin, pośród ludzi, których kocha, uśmiechniętą, szczęśliwą, beztroską i zadowoloną z dotychczasowego życia. Poznajemy ją w momencie, w którym nawet nie domyśla się tego, iż to jedna z ostatnich normalnych, całkowicie beztroskich chwil...


4/02/2015

home, sweet home.

Czas przerwać moją blogową niemoc - spróbuję usprawiedliwić się tym, że od kilku dni resetuję się w domu, ot tak - bo mogę, bo święta. Tym razem dzielę się krótką rozkminą.



Powroty do domu za każdym razem są jakieś takie wyjątkowe - przyzna mi rację pewnie każdy, kto wyfrunął z rodzinnego gniazda, by ot tak, założyć nowe. Mówi się, że "wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej", to zdecydowanie prawda. A dom docenia się tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy się z niego wyfrunie.

Wiadomo, w życiu większości z nas jest czas, kiedy piszemy maturę i odliczamy dni do wyprowadzki, planujemy nowe życie bez rodziny, i ogólnie jesteśmy super zbuntowani, gotowi na wszystko, co tylko inne, i nowe. Oczywiście, wszyscy nas wkurzają, wszyscy są źli, a my doczekać się nie możemy. Ma być podobno lepiej. Ale czy jest? Ciężko jest określić, czy to życie jest lepsze, czy gorsze. Na pewno jest inne, całkowicie inne. I pomijam fakt, że kiedy wracasz do mieszkania nie czeka na Ciebie obiad, że otwierasz szufladę, a tam ani jednej czystej pary skarpetek. Pomijam to, że musisz wynosić śmieci, zmywać naczynia i odkurzać (niby nic w tym dziwnego, ale cholera, sam z siebie?) , że umierający z głodu biegniesz do lodówki, a tam... nic. Człowiekowi brakuje tych idiotycznych kłótni o nic, krzyku w stylu: "jest tyle roboty, a ty siedzisz przed komputerem",  brakuje nawet złośliwości od rodzeństwa, a o śmiechu, rozmowach, i cudownym błogim spokoju to już nawet nie wspominam. Brakuje przede wszystkim... domowego powietrza - a jak z Krakowa wraca się na Podkarpacie, to powietrze dosłownie gryzie, serio ;)

I tutaj nie chodzi już nawet o to, gdzie jest dobrze, gdzie jest źle, czy nawet gdzie jest lepiej. Chodzi o to, że jakbyśmy sobie życia nie ułożyli w innym miejscu, dom jest jeden. A uczucie kiedy się do niego wraca, zawsze jest takie samo. W domu zatrzymuje się czas, wszystkie głupie, czy też zdecydowanie mniej głupie problemy znikają (przynajmniej na chwilę). To właśnie tutaj są nasi najbliżsi, masa wspomnień - tych dobrych i tych zdecydowanie złych, całe dzieciństwo, 'wczesna młodość' - ogromny kawał nas samych.




"Just know, wherever you go
You can always come back home"