3/26/2015

'sunny day' - photo report :)


Żeby nie wyszło, że jestem hipokrytą, od razu postanowiłem powygrzewać się publicznie, no i ogólnie nacieszyć wiosenną aurą. Zgodnie z tym, co pisałem, zauważalne już są ogródki, leżaki, coraz większe ilości ludzi, pierwsi spłoszeni turyści, robiący sobie zdjęcia co dwa kroki, pierwsze pary obmacujące się nad Wisłą. Jest fajnie - polecam! 

Poza tym, znów dzień po publikacji notki słońce się speszyło i zwiało. Wstydliwe się, cholera, zrobiło. Hm, chyba muszę przestać je tak wyświęcać, bo widzę, że sodówka... Nic nie poradzę na to, że jaram się tą wiosną, jak głupi - taki już jestem. :)

Łapcie kilka słonecznych fotek!

3/24/2015

KODALINE - czy irlandzka grupa poradziła sobie z 'klątwą drugiego albumu'?

Nigdy nie ukrywałem tego, że dla mnie, w muzyce najważniejsza jest wrażliwość i to COŚ. Coś, co naprawdę ciężko jest ot tak po prostu nazwać. Coś co można porównać do ścisku w żołądku, do wzruszenia, czy ciarek na całym ciele. Ja często nazywam to po prostu "MUZYCZNYM ORGAZMEM' (to określenie zdecydowanie najlepiej obrazuje to, co ze mną robi piękna muzyka). Na całość musi składać się przede wszystkim ładny tekst, piękna muzyka, wokal i właśnie to coś, coś magicznego i ściskającego serce. Wszystkie te czynniki posiada irlandzka grupa Kodaline. Zdecydowanie tak.


Kodaline to jeden z tych zespołów, które potrafią wyodrębnić z muzyki coś niesamowitego, pięknego i wzruszającego. Kiedy słucha się ich muzyki magicznie zmienia się myślenie i podejście do życia. Zrzuca się ciężar życia i po prostu słucha się ich muzyki. Naprawdę potrafią przenieść w inny wymiar. Wokalista ma genialny głos, którym (przynajmniej mnie) koi. Zakochałem się w ich brzmieniu już kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem "All I Want" - i tak już zostało.

3/21/2015

jest wiosna... i trzeba!




Notka pochwała już była. Rozpływałem się wtedy nad pięknem, ogólnie panującym optymizmem i wszystkimi urokami świata, właśnie tą porą roku. Nie żeby, jak na ironię, dzień po opublikowaniu wspomnianej notki, słońce zniknęło na kilka dni, a na jego miejsce wkroczyło to mokre coś... Życie. Ale było to dość w moim stylu, nie powiem. Pochwaliłem Słońce, a ono zwiało.
Dzisiaj pierwszy dzień wiosny kalendarzowej. Ja, jak to ja - już kilka dni temu, pełnoprawnie zacząłem lans w podróbach ray-banów, rozpiętych parkach i najeczkach. Twarz, na której uśmiech - zgodnie z przewidywaniami - ciągle w słońcu. Co prawda (na szczęście!) mandatu jeszcze nie było, ale pierwsze wino (białe, półsłodkie FRESCO - polecam!) zdecydowanie tak. Czego chcieć więcej?





Ale nie o tym miała być ta notka.

Jest wiosna. Coraz więcej słońca, coraz dłuższe i cieplejsze dni. Zrzucamy wszyscy ciężkie kurtki i buty zimowe, zaczynamy działać. Czas na moją ulubioną wiosenną część (życzę sobie, aby w tym roku udało mi się zrealizować jak najwięcej) - czas na postanowienia! Spinamy tyłki i wszyscy, wszyscy razem postanawiamy, że wiosny nie zmarnujemy - w żadnym wypadku. W ogóle nie ma takiej opcji. Stwierdziłem, że tym razem, wzorem wybitej pani Grzeszczak zajmę się małymi rzeczami, żadnych wielkich, zmieniających życie postanowień.

Po pierwsze, zaczynamy biegać i ćwiczyć. Nieważne ile/ jak długo, nieważne kiedy, może być rano, w południe, wieczorem. po prostu biegamy, ćwiczymy i będzie fajnie. Lato też już nadchodzi i nadejdzie dużo szybciej, aniżeli nam się wydaje - będzie wstyd pójść na basen ... w zimowej formie (co w ogóle ludzie powiedzą?!) 
Po drugie, czytamy dużo, bardzo dużo książek, gdzie się tylko da, w mieszkaniu, w tramwaju, nad Wisłą, w parku. Czytamy dużo, bo zatrważające statystyki same się nie podniosą. Bo kto, jak nie my? Pomyślcie sami...
Po trzecie, jak najczęściej się da chodzimy nad Wisłę, na spacery, na rynek posiedzieć w 'ogródkach', posłuchać ulicznych grajków... Nie można (za przeproszeniem) gnić w domu i się nudzić (co to w ogóle nuda jest?) Wychodzimy jak najczęściej się da, bo jest fajnie... bo jest wiosna i trzeba, bez dyskusji!
Po czwarte i po ostatnie, słuchamy dobrej muzyki, takiej naszej, pozytywnej, niekoniecznie modnej. Bardzo dużo muzyki i koniecznie głośno śpiewajmy (mniejsza o współlokatorów czy rodzinę). Udowodniono naukowo, że śpiew poprawia nastrój i zwiększa efektywność mózgu. Z tym drugim to nie wiem czy się mogę zgodzić, bo tak dużo śpiewam...








LORD SUCHMAN PHOTOGRPHY
LUBATOWA

3/18/2015

DZIKA DROGA - recenzja filmu.


W życiu, jak to w życiu - raz jest się na wozie, raz pod wozem. Dzisiaj się powodzi, jutro jesteśmy na samym dnie. Tyle, że jak już na to dno się dostaniemy, to ciężko jest wrócić... Porażka goni porażkę, kataklizm za kataklizmem - bardzo często to właśnie my sami jesteśmy dla siebie zagrożeniem. Co zrobić, kiedy świat zawalił się z wielkim hukiem, kiedy tracimy wszystko, na co pracowaliśmy przez długi czas? Co zrobić, kiedy okazuje się, że doprowadziliśmy swoje życie do katastrofy i wydaje się, że gorzej być już nie może? Uciec. Tak, jak Ona.

Cheryl Strayed (w tej roli fenomenalna Reese Witherspoon) to kobieta, która na własne życzenie zmarnowała swoje życie - no może z małymi wyjątkami, takimi, jak śmierć ukochanej matki - ale zdecydowanie dużo jej winy w tym życiu było. Uzależniona od seksu i narkotyków zniszczyła swój organizm, mózg i małżeństwo... a przede wszystkim swoje życie. Załamana, wyniszczona i samotna postanawia coś zmienić. Ba, postanawia się ratować. Wyrusza w podróż jednym z popularniejszych i wcale nie najłatwiejszych amerykańskich szlaków -  Pacific Crest Trail - liczącym ponad 4 tysiące kilometrów. Na początku nie byłoby w tym nic dziwnego, bo nie znamy przeszłości bohaterki, jednak stopniowo jest ona odsłaniana. Okazuje się, że decyzja ta nie jest spowodowana żądzą przygód, a pragnieniem oczyszczenia - czyś w rodzaju pokuty, czy terapii... a najbardziej pragnieniem ucieczki. Jest to ekranizacja bardzo dobrej książki autorstwa samej Cheryl Strayed pt. "Dzika Droga. Jak odnalazłam siebie". Prawdziwa historia, która naprawdę, naprawdę porusza i zmusza do zastanowienia się nad swoim życiem.

ZWIASTUN:


Nie sposób nie wspomnieć o krajobrazach, o widokach. Cały szlak, poprzez który wędruje główna bohaterka jest jednym wielkim pięknem. Ba, jakim pięknem? Cudem. Kurde, natura nigdy nie przestanie mnie zachwycać. A sposób, w jaki jest ukazana, te fenomenalne zdjęcia - to istny raj dla oczu. Z resztą zatroszczono się, by i uszy się ucieszyły - doskonały soundtrack, piękna, piękna muzyka. Muzyka, która w połączeniu z zapierającymi dech w piersiach widokami wprowadza widza w melancholijny nastrój i sprawia, że nawet przeżycia głównej bohaterki nie mają aż takiego znaczenia. Okazuje się, że połączenie obrazu i dźwięku jest doskonałym założeniem - sprawia, że przeżywamy to wszystko dużo, dużo mocniej, angażujemy się, a jednocześnie cały niepotrzebny nadbagaż emocjonalny, zebrany w naszej osobistej wędrówce, spada. Hm, to dziwne i trudne do opisania, ale myślę, że Wiecie o co mi chodzi. Co tu dużo mówić, to doskonale zrobiony film.






Jest to kolejny film kanadyjskiego reżysera, pana Jeana-Marca Vallée (jego ostatnia produkcja to fenomenalny film "WITAJ W KLUBIE"). Chciałem zwrócić uwagę na reżysera, ponieważ uważam, że należą mu się wielkie, wielkie brawa - ekranizacja tej książki jest naprawdę dobra. Wiadomo, że w niektórych momentach odszedł od tej papierowej treści, ale mimo wszystko wyszło pięknie, poruszająco.... i tak refleksyjnie. Nie ukrywam - na to właśnie liczyłem. Mimo że zakładałem, iż wyjdę zalany łzami (a tak nie było), to film mnie nie zawiódł, bo zgodnie z oczekiwaniami, z kina wyszedłem zdecydowanie oczyszczony i taki lżejszy. "Dzika Droga" pozwala na zastanowienie się nad swoim życiem, chyba nawet na delikatne przewartościowanie go i zdecydowanie na wyciągnięcie wniosków.


Polecam każdemu, kto szuka czegoś w rodzaju ukojenia. Piękna produkcja, która sprawia, że rzeczywiście robi się jakoś lżej, lepiej. Produkcja, która pokazuje, że nigdy nie jest za późno na zmiany. NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO - NA COKOLWIEK!

3/16/2015

MADONNA - krótka epopeja o Ikonie i Jej nowym krążku "Rebel Heart".


MADONNA - tej Pani nikomu przedstawiać nie muszę. Można ją lubić, nienawidzić, śmiać się z niej, z jej operacji plastycznych, coraz to młodszych kochanków, być jej fanem i nie być, ale jedno trzeba przyznać: TO PRAWDZIWA, NIEKWESTIONOWANA IKONA. Ikona w muzyce, w sztuce, w show biznesie, w skandalach. Od 35 lat, aktywnie na scenie i ani nie myśli o emeryturze. 13 studyjnych płyt, dostarczających nam wiele ponadczasowych hitów, wspaniałych teledysków, występów promocyjnych. 9 tras koncertowych, które przyciągnęły miliony fanów z całego świata. Może i jej muzyka nie należy do najambitniejszej, może (a nawet na pewno!) nie ma zabójczego głosu, może i skandale z jej udziałem są/były dla samej zasady - ale jej trzydziestopięcioletni staż mówi sam za siebie. Mimo że Jej płyty nie sprzedają się już tak, jak kiedyś, to pełne kilkudziesięciotysięczne stadiony podczas tras koncertowych także mówią same za siebie. To IKONA, to KRÓLOWA MUZYKI POPULARNEJ.

Nie oszukujmy się - w ostatnich tygodniach Madonna ma prawdziwego pecha, albo po prostu nieumiejętnie dobiera współpracowników. Jej długo zapowiada trzynasta płyta, a właściwie jej pierwsza wersja, (tzw. wersje demo przygotowywanych utworów) zostały skradzione pod koniec 2014 roku i trafiły do sieci - nie oszukujmy się, to prawdziwa porażka, prawdziwe świństwo, tym bardziej, że od 'wycieku' do premiery płyty minęły trzy pełne miesiące. To porażka dla każdego artysty, a dla artystki pokroju Madonny potrójna, zdecydowanie. No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, stało się. Nawet najlepszym się zdarza. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że muzyka Madonny jest kompletnie nie w moim stylu, ale przy każdym jej nowym wydawnictwie ekscytuje się jak najbardziej oddany fan, cóż- w końcu to Madonna.


Nie ukrywam, że ostatni album Królowej ("MDNA") mocno mnie zawiódł - jak dla mnie był zbyt mocno elektroniczny, zbyt MODNY, tak na siłę. Zbyt podążający za 'duchem czasu'. Na nowym wydawnictwie Madonna postawiła na połączenie elektroniki, muzyki tanecznej, popu, doskonałych gitarowych utworów i pięknych, naprawdę pięknych ballad. Możemy poskakać w rytm elektronicznej muzyki, powzruszać się przy balladach i rozmyślać nad życiem przy doskonałych utworach w średnim tempie (nie ukrywam, że to właśnie nimi Madonna mnie kupiła). Myślę, że to właśnie tym albumem Madonna przypomniała światu o tym, że nie ma zamiaru zwalniać tempa i ustępować swojego miejsca. Poza tym, z całym przekonaniem stwierdzam, że w moich oczach ponownie zyskała, oj tak!

Na "REBEL HEART" każdy może znaleźć coś dla siebie. Tak jak wspomniałem, Madonna łączy kilka gatunków. Nie ukrywam, że jestem pod wrażeniem tego, że Królowa zgromadziła tam kilka prawdziwych perełek. Mam tutaj na myśli przede wszystkim trzy pierwsze single promujące całe wydawnictwo: pierwszy - mocno taneczny, pozytywy o życiu dla miłości ("Living for love"), drugi - magnetyzującą balladę podnoszącą na duchu, w której Madonna czaruje niskim głosem i naprawdę ładnym tekstem ("Ghosttown") oraz planowanym trzeci - połączenie gitar i elektroniki, piękny, wpadający w ucho utwór z dość bezpośrednim, odważnym i nieco kontrowersyjnym tekstem, całkowicie w stylu Artystki ("Devil Pray"). Bardzo lubię także piosenkę pt. "Heartbreak City", opowiadającą o kobiecie ze złamanym sercem, podoba mi się jej podniosły klimat i bębny idealnie wkomponowane w całokształt.  Z resztą, bez sensu jest pisanie o każdej piosence z osobna. Przesłuchajcie - płyta dostępna na spotify i na deezerze.



Płyta została wydana w dwóch wersjach: standardowej liczącej czternaście utworów i z wersji deluxe poszerzonej o pięć dodatkowych. Niestety na podstawowej wersji zabrakło dwóch pereł, które usłyszeć możemy na tej drugiej - mam tutaj na myśli przecudowną balladę, w której orkiestra symfoniczna i piękny, naprawdę piękny tekst o niespełnionej miłości przenoszą w inny wymiar ("Messiah"oraz tytułowe, doskonałe, lekkie, gitarkowe "Rebel Heart", którego tekst jest prześwietny i powiedziałbym, że taki trochę...'biograficzny', jeśli chodzi o życie samej Madonny - właśnie w tym kawałku podsumowuje swoje kontrowersyjne przygody i drogę, którą wybrała.


"REBEL HEART" jest naprawdę świetnym, dopracowanym w każdym calu albumem. Powtórzę - każdy może znaleźć coś dla siebie, od elektroniki, przez kawałki w średnim tempie, po wzruszające ballady. Bardzo dobre teksty, świetny (jak na Madonnę oczywiście) wokal, muzycznie też jest bardzo dobrze. Niestety, tak jak pisałem, album dość dużo traci na tym, że na wersji podstawowej nie znalazły się "Rebel Heart", czy "Messiah", ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. Poza tym, wielkie brawa dla Madonny za tytuł - jak dla mnie jest idealny - pasuje zarówno do samej Artystki, jak i do utworów, które ukazują nam różnorakie obrazy Królowej, tej wrażliwej, zagubionej, ale także pewnej siebie, bezczelnej idącej przez życie z podniesioną głową. Coś naprawdę dobrego i godnego uwagi. Polecam!

3/13/2015

GRA TAJEMNIC - recenzja filmu.


Wojna to czas, o którym (chwała Bogu!) możemy się tylko uczyć i czytać. Czas pełen strachu o jutro, o bliskich, o to czy to wszystko kiedyś się skończy. Czas pełen zgrozy, rozpaczy, krwi, śmierci, łez. A co, jeśli istnieje coś lub ktoś, co/kto może sprawić, że to wszystko skończy się dużo, dużo szybciej? Że miliony istnień w dalszym ciągu będzie mogło żyć i znów normalnie funkcjonować? 



Historia Alana Turninga - geniusza, który stworzył podstawy współczesnej informatyki, prototyp dzisiejszego komputera; wybitnego kryptologa pracującego podczas II wojny światowej nad złamaniem kodu Enigmy. Historia wielkiej postaci, bohatera, który z racji ówczesnych czasów, wszechobecnych poglądów, obyczajów i przede wszystkim przez panujące wówczas w Anglii prawo, w 1952 roku został skazany na kastrację chemiczną, za tzw: "czyny nieobyczajne" - bo właśnie tak prawo angielskie definiowało homoseksualizm. 

Doskonały obraz wielkiego bohatera, prekursora i geniusza, który dzięki swojemu samozaparciu i wielkiej wiedzy uratował miliony ludzi - jego autorska maszyna pozwoliła na odszyfrowanie kodu Enigmy, dzięki czemu wojna skończyła się dużo wcześniej, aniżeli się na to zapowiadało... Jednocześnie obraz człowieka odstającego od otaczającego go społeczeństwa, homoseksualisty walczącego o prawo do istnienia. Obraz człowieka o złamanym, od lat, sercu - człowieka żyjącego pracą, nauką, marzeniami i ... ciągle gorącymi, świeżymi wspomnieniami. Wiadomo, sam geniusz nie wystarczyłby do odniesienia sukcesu - była to także zasługa współpracowników Turninga - ludzi, którzy z największych przeciwników, wręcz wrogów, stopniowo przeobrażali się w wiernych kompanów, a ostatecznie oddanych przyjaciół.


ZWIASTUN: 



Reżyser w doskonały sposób przeplata ze sobą trzy okresy - zapierający dech czas pracy nad maszyną Turninga i nad złamaniem kody Enigmy, czas dzieciństwa i pierwszej niespełnionej miłości do szkolnego kolegi, będącej przedmiotem późniejszych wspomnień oraz smutną końcówkę życia bohatera - skazanie na kastrację hormonalną, depresja i wielka, wielka samotność, prowadząca do upadku. 

Świetna kreacja aktorska Benedicta Cumberbatcha, wcielającego się w postać głównego bohatera - oddał wszystkie możliwe emocje, od wielkiej pewności, zaangażowania graniczącego ze swego rodzaju obłędem, przez osamotnienie, po załamanie, zagubienie i dosłowne rozpadanie się na drobne kawałki. Rola zjawiskowej Keiry Kinghtley także jest godna braw - pewna siebie, charyzmatyczna genialna matematyczka, borykająca się z brakiem możliwości zajmowania wysokich stanowisk przez kobiety, przez panujący powszechnie seksizm i dyskryminację. 



Bardzo dobry i ciekawy film. Zdecydowanie wciągający. Nie dłuży się, mimo że trwa prawie dwie godziny. Fakt, że to autentyczna historia sprawia, że ogląda się go z jeszcze większym zaciekawieniem.Może nie jest to jakaś produkcja życia, ale na pewno tego, że to solidna, dobra robota odmówić nie można. Z resztą, 8 nominacji do Oscarów, w tym jedna wygrana za scenariusz adaptowany, mówią same za siebie- to pozycja godna polecenia! 


PS. Jest w necie, więc jeśli szukacie czegoś dobrego na weekend, naprawdę polecam :)

3/10/2015

wiosna - krótka 'notka pochwalna'.



Wiosna, to zdecydowanie moja ulubiona pora roku. Pierwsze ciepłe słońce, budzący i zieleniący się świat, pierwsze tanie wina w plenerze, ucieczki przed strażą miejską, (niestety) pierwsze mandaty, rozsunięte kurtki, i twarz w słońcu, ot tak przez cały czas. Jakoś tak, do każdego człowieka wraca energia, zwykła ludzka radość, nawet z najmniejszych rzeczy i taka beztroskość, po tej cholernej, paskudnej i niesamowicie dłużącej się zimie.



Swoją drogą, jak już przy tej twarzy w słońcu jesteśmy - czasami odnoszę wrażenie, że ludzie patrzą na mnie jak na idiotę. W sumie to się nie dziwię - człowiek siedzący w tramwaju z twarzą zwróconą w stronę słońca i z uśmiechem od ucha do ucha, (a w naszym kraju, wśród 'naszych niezwykle optymistycznych rodaków' szczególnie) musi wyglądać co najmniej dziwnie.



Wracając do tematu - dni są coraz dłuższe, coraz cieplejsze, coraz bardziej słoneczne. Czynności, które nas męczą, ba - niezwykle irytują, też są jakieś takie dużo łatwiejsze i dużo bardziej przyjemne. Magia? Nie, wiosna. Na ulicach, w parkach, nad Wisłą pojawiają się tłumy mieszkańców, turystów. Swoją drogą, ostatnio zastanawiałem się, gdzie oni się kryją przez całą zimę, bo zauważalny 'wysyp' jest naprawdę zastanawiający... Jakby nie było, nie zapominajmy, że ja wiernym mieszkańcem byłem nawet wtedy, kiedy bywało źle, brzydko i dziwnie, więc wiernością i oddaniem wygrywam! Tak więc - wolną ławkę na rynku mam mieć, kawałek trawy nad Wisłą tak samo, nie ma innej opcji! Teraz zacznie się WIELKI JOGGING, spacery wieczorami, wycieczki rowerowe, rolki, pikniki... no wiosna!




To moja pierwsza wiosna w Krakowie, w moim ukochanym mieście. Nie ukrywam, że zima zabrała mu znaczną część uroku i piękna, ale jednocześnie muszę przyznać, że wiosna naprawdę zwraca wszystko co najmniej potrójnie. Wszystko jest milion razy ładniejsze - od kamienic, uliczek, knajp, po ludzi, do których wraca to COŚ. A co jest najlepsze? Będzie coraz pięknej, bo do lata idzie... i oby właśnie szło i to białe cholerstwo już tutaj nie wracało, bo nie tak zaplanowałem. Poza tym, już nie mogę się doczekać, aż moje podroby Ray-banów dotrą i będę mógł w 100% delektować się słońcem, i wiosną, i jednocześnie lansować się tak... wiosennie, a co! :) 



3/06/2015

ciekawe miejsce: MOCAK



Jeżeli chodzi o sztukę, to jestem wielkim, wielkim wielbicielem. Wielbicielem takim raczej staroświeckim, tradycyjnym. Dla mnie musi być podniośle, pięknie, profesjonalnie. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, aczkolwiek tak właśnie jest. Sztuka nowoczesna, zachwycająca coraz to większe rzesze ludzi, raczej do mnie nie dociera - być może jestem za mało wrażliwy, albo za mało inteligentny, albo po prostu ślepy, ale bardzo często artyzmu w tym nie dostrzegam. I zastanawiam się często jak artyzmem można nazwać obieranie ziemniaków, albo rękę odbitą w krowim gównie - ale najwidoczniej, nie mnie dane jest to pojąć.




I wszystko byłoby normalnie, ja lubiłbym swoje, inni lubiliby swoje i nie dziwiłbym się niczemu. Ale kiedy pierwszy raz wszedłem do MOCAKu zdziwiłem się. "Przecież ja nie lubię sztuki nowoczesnej, jak może mi się tutaj podobać? Coś jest nie tak..." - pomyślałem. Klimat. Niepowtarzalny klimat. Coś naprawdę fajnego, takiego relaksującego w powietrzu. Coś niedotworzenia, niedopisania. Być może to zasługa znakomicie zaprojektowanego budynku, tej wszechobecnej bieli, otwartej przestrzeni, ciszy zakłócanej niosącymi się krokami zwiedzających. A może to właśnie sztuka nowoczesna idąca w tym kierunku tak zachwyca? Nie wiem.





MOCAK (od ang. Museum of Contemporary Art in Krakówto Muzeum Sztuki Współczesnej. Jedna z najbardziej klimatycznych, a jednocześnie nowoczesnych przestrzeni. Miejsce całkowicie nie w moim stylu. A przecież, w pewien sposób, zakochałem się w nim i wracam, jak często tylko mogę. Połączenie obrazu, dźwięku, tekstu. Zbiór dzieł, projektów edukacyjnych i badawczych Artystów ostatnich dziesięcioleci, zamieszkujących ŚWIAT. Artystów mających ciekawe spojrzenie na różnorakie problemy, zjawiska. Często ukazujących coś zwykłego, codziennego w doskonały sposób.



Nie sposób nie wspomnieć o miejscu, gdzie znajduje się przywoływane przeze mnie muzeum. Nie sposób nie zauważyć, jak bardzo dobrze, co do jego klimatu, jest ono dobrane. ZABŁOCIE - jedna z dzielnic Krakowa, tych klimatycznych w inni sposób, klimatycznych w nie-krakowski sposób. Mało historycznych zabytków, a całkiem sporo opuszczonych fabryk, które niestety w coraz większym stopniu wypierane są przez piękne, na swój sposób, apartamentowce. Jest to obszar naszego miasta, w którym można dostrzec dużo industrialu i street artu, firm nowo-technologicznych, instytucji kultury, pracowni i warsztatów artystycznych, oraz knajpek i miejsc spotkań dla ludzi uciekających od popularnych i tandetnych propozycji. Trochę takie miejsce dla artystów, hipsterów. Obszar niezwykle zmieniający się. W ostatni weekend maja, właśnie na Zabłociu odbędzie się III edycja festiwali Kultury i Mediów: POLIKULTURA, organizowanego przez wszystkich studentów I roku mojego kierunku (w tym mnie). Festiwalu różniącego się od innych, ale o tym jeszcze będzie... 



LORD SUCHMAN PHOTOGRAPHY

3/03/2015

domowe melodie- relacja z koncertu.

Są momenty, kiedy jest naprawdę ciężko - żeby nie powiedzieć, że źle. Wpadasz w ten bieg i nie masz czasu dosłownie na nic, nie masz czasu dla siebie. Praca, uczelnia/szkoła, nawet zwykle 'bywanie' zajmuje czas i w pewnym stopniu męczy. Wtedy idziesz na koncert... i wszystko znika, ot tak, po prostu. 90 minut sprawia, że patrzysz inaczej na świat i pierwszy raz od dłuższego czasu możesz odetchnąć z ulgą.


"Głupoty. Właściwie to czym oni śpiewają?!" 
"Kuurde, jakie to głupie... " 
To podstawowe reakcje ludzi chcących zrozumieć tę muzykę, a zdecydowanie reakcje tych nierozumiejących, a może właśnie niechcących? Do muzyki domowych melodii z jednej strony, trzeba podejść z wielkim, wielkim dystansem, przymrużeniem oka, a z drugiej pozwolić sobie na własną interpretację, bo czasami chodzi tam o wiele więcej, aniżeli na pierwszy rzut może się wydawać. Hm, być może teksty nie mają ponadczasowego wydźwięku. Być może nie poruszają ważnych problemów społecznych. Ale na pewno sprawiają, że w człowieku coś pęka. Pęka to coś, co nas męczy. Dzięki tym kilkudziesięciu minutom nastrój i nastawienie zmieniają się diametralnie.
Dowcipnie, z przymrużeniem oka, niejednokrotnie tak, że na całym ciele pojawiają się ciarki, a w oczach stają łzy. Tak jest na ich koncertach. Tak, że zapomina się dosłownie o wszystkim, o gonitwie, o problemach, zmartwieniach, o planach i ambicjach. Stoisz tam i schodzi z Ciebie powietrze, i wszystko, co w Tobie siedzi. Uśmiech pojawia się podczas pierwszej piosenki - i gwarantuję, zostanie już do końca dnia. Ba, żeby tylko... Poza tym świetny wokal Justyny, doskonała muzyka. Oni naprawdę doskonale czują się na scenie, świetnie się bawią. To jest coś niesamowitego!


Cała sala. Wyprzedane bilety tydzień przed koncertem. Kilkaset osób. Osób śpiewających głośniej, niż sami Artyści. Ich wzruszenie. Owacje na stojąco. Kilkuminutowe oklaski, okrzyki. Piosenki i te stare, i te z nowej płyty - wszystkie cudowne. Cztery bisy. Booooże, co to był za koncert... A najlepsze w tym wszystkim jest to, że gdyby koncert odbył się jeszcze raz, chociażby następnego dnia, to poszedłbym za każde pieniądze - zdecydowanie!



[zdjęcia: domowe melodie- fanpage; piosenka: Agnieszka Pałuk youtube.com]