8/27/2015

muzyczne lipcowo - sierpniowe perłki.


Wakacje, wakacje i po wakacjach. Jeszcze niecałe 5 dni. Najpierw czekasz kilka miesięcy, przez te wszystkie deszczowe miesiące i zimne zimy, i wiosenne roztopy, żeby w końcu powygrzewać się z zimnym piwem nad brudną wodą, przez całe dwa miesiące. A co później? Dwa miesiące, jak jeden dzień. Życie... Tak, biedni gimnazjaliści/licealiści, taaak, biedni urlopowicze. To koniec. Nie chwaląc się, ja mam jeszcze miesiąc wakacji. Nie chwaląc się raz jeszcze, ja dopiero zaczynam urlopować. Jak śpiewano w jednym z kultowych polskich seriali - życie, życie jest nowelon.... Ale ja dzisiaj nie o tym. Tyle słabych złośliwości. Zgodnie z tradycją powstałą w czerwcu, chciałbym skupić się na muzyce. Wiadomo, że wakacje, to czas pełen różnorakich inspiracji, czas, kiedy muzyki (tej inspirującej, hoho) jest jeszcze więcej... więc co inspirowało King'a? Łapcie siedem ciekawych (tak myślę) propozycji!






8/22/2015

I'm back.


Zniknąłem na miesiąc. Dla niektórych bez słowa, dla innych z milionem słów i obaw. Zostawiłem życie. Bliskich, przyjaciół, znajomych i zwiałem na te 4 tygodnie. Wcisnąłem przycisk z napisem PAUSE i zatrzymałem czas, naiwnie wierząc, że gdy wrócę i wcisnę PLAY wszystko wróci, ot tak po prostu. Powiem tyle: nie wróciło. To był mój drugi wyjazd. Głupi ja, sądziłem, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, że już wszystko widziałem, że po poprzednim roku jestem przygotowany na wszystko, zachartowany... zdziwiłem się, klasycznie.

Pracowałem, przez równe, równiusieńkie cztery tygodnie w sąsiednim kraju, od rana do wieczora, niejednokrotnie ze łzami w oczach zastanawiając się: "po co to wszystko?!". Oderwany od rzeczywistości, od zwykłych problemów, porażek i sukcesów. Zajęty na pozór prostym życiem wypełnionym pracą i prostackim poczuciem humoru, ale też (mimo wszystko) wspaniałymi nowo poznanymi ludźmi. Odliczałem tygodnie, dni, godziny, sekundy, a teraz wracam i wcale nie ukrywam, że jest ciężko. Dziwne. Ciężko wrócić do normalności, ciężko kontynuować to, co już zaczęte, a jeszcze ciężej zaczynać. Ciężko zabrać się do tego, o czym marzyło się przez ostatnie tygodnie, do tych wszystkich planów i założeń, które zajmowały głowę przez setki godzin spędzonych w pracy. Miliony wersji planów dnia,  jeszcze więcej, niemalże napisanych w głowie, długich notek... a teraz zwykła niemoc. Życie i ta szara rzeczywistość już na 'dzień dobry' dały mi w pysk... bo tak chyba trzeba. Tak trzeba, żeby się ocknąć z tego złego snu.Tak, to był zły sen.

Siedzę przed laptopem i mimo że wiem o czym chcę napisać, ogarnia mnie niemoc. I tak już kilka godzin. Chyba za bardzo marzyłem o klawiszach laptopa. Chyba ogólnie za bardzo marzyłem. Idę na żywioł. Rok temu przyjechałem zmęczony głównie fizycznie. W tym roku ten typ zmęczenia wymięka przy tym psychicznym. Nigdy nie sądziłem, że ludzie mogą mnie aż tak wykończyć, że tzw, wampiry energetyczne mają aż taką moc, że ta monotonia, ten marazm mogą sprawić, że poczuję się aż tak źle, tak pusto. Ciężko codziennie żyć całkowicie nie w swojej bajce, ciężko żyć ze świadomością, że tak bardzo nie pasujesz do otoczenia. I jakby to snobistycznie i egoistycznie nie zabrzmiało (bo zdaję sobie sprawę, że brzmi), ja żyłem zdecydowanie nie w swojej. Codziennie zaciskając pięści, zagryzając wargi i niemalże odgryzając swój niewyparzony język, by nikogo nie obrazić/nikomu się nie narazić. Każdy poranek zaczynał się z myślą: 'KOLEJNY DZIEŃ W TYM GNOJU.' Brakowało mi książek, filmów (ho ho, jaki intelektualista się znalazł), ładnych miejsc, bliskich. Brakowało mi mojej gonitwy i tego pseudo artystycznego życia. Z drugiej strony, przerywając mój lament duszy - coś za coś, pieniądze nie śmierdzą, wręcz przeciwnie, euro pachnie jeszcze ładniej. 

Ale to nie jest tak, że tylko złe wspomnienia zostaną, niech mój lament duszy nie sprawi, że tak pomyślicie. W tłumie... nieodpowiednich i dość toksycznych osób (nazwijmy ich w ten delikatny sposób) poznałem kilka naprawdę fantastycznych, z którymi lubiłem spędzać wolny czas, rozmawiać i ubolewać nad życiem. Poza tym, ten wyjazd pozwolił mi nabrać dystansu do wszystkiego, pozwolił na przemyślenia, na uporządkowanie tego chaosu w mojej głowie, na wnioski, na postanowienia... na oczyszczenie. To bardzo potrzebne, ja tego potrzebowałem. Problemem i głównym mankamentem tego wyjazdu jest to, że na te wszystkie oczyszczenia wystarczyłyby dwa tygodnie a dwa więcej sprawiły, że stałem się umęczony, i tak jak wspomniałem kilkanaście wersów wcześniej - pusty. Ostatnie dwa tygodnie to była swego rodzaju walka ze samym sobą, ze swoją psychiką i zniechęceniem do całego świata. 

GŁÓWNE WNIOSKI? 
- Uwierzcie mi na słowo, nasi rodacy, a szczególnie wybitne jednostki przepełnione chamstwem i prostactwem, pracują bardzo ciężko na to, by cały świat postrzegał nas tak, jak postrzega. To wystarczy Te kilka osób. Byłem świadkiem kilkunastu sytuacji, których świadkiem nie chciałem być. Byłem świadkiem sytuacji, podczas których było mi wstyd, pierwszy raz w życiu aż tak bardzo. I było mi żal naszej Polski. I Polaków, którzy uczciwie pracują, by żyć lepiej. Żal tak szczerze, że są tacy ludzie, którzy pracują na negatywną opinie całego narodu. Bo kogo na świecie obchodzi, że to, dajmy na to, 20 osób. POLAK TO POLAK.

- Nie warto zamartwiać się pierdołami (ho ho, Tomaszu, ty myślicielu!). Jakby tandetnie to nie zabrzmiało, jakby to oklepane nie było - nie warto. Po co? Zdałem sobie sprawę z tego, że jestem idiotą, bo zamartwiam się wszystkim - dniem wczorajszym, jutrzejszym, kasą, uczelnią, problemami swoimi, problemami znajomych, przyjaciół, bliskich... Tak się nie da. Tak nie można.  Musiałem tam pojechać, żeby na to wpaść. 

- NIC NIE MUSZĘ - ja mogę.

- Marnowanie czasu to choroba cywilizacyjna.  Ale jest uleczalna i ja zaczynam się właśnie leczyć, od teraz. Choćby nie wiem co, uda mi się. Jestem gotów do działania.Wreszcie mogę odetchnąć i kontynuować... życie. I'm back to business!

TK.