9/29/2015

może nad morze?


Jedni lubią słońce, inni deszcz, miasta, wsie, równiny, czy góry, a jeszcze inni morze -bardzo często spotykamy się absurdalnym starciem, porównywalnym z tym warszawsko-krakowskim (równie niewykonalnym): MORZE vs. GÓRY. Bo jak wybrać, co jest lepsze? Jak zestawić ze sobą dwa zupełnie inne światy? Jak porównać klimat, widok, powietrze? Dwie odmiany piękna. Uważam, że to po prostu niewykonalne. Ja zdecydowanie stwierdzam, że wolę morze (nie ubliżając górom) - bo tak po prostu. Może dlatego, że jestem z południa Polski i wyjazd na "północ" to prawdziwe święto? A może dlatego, że woda to mój żywioł? Jakby nie było, morze TO JEST TO. 



9/16/2015

PIEŚŃ SŁONIA - rezenzja filmu.

 
Doskonale nam znany młody reżyser, aktor i scenarzysta Xavier Dolan za wszelką cenę chciał zabić swoją matkę. Bez skutku próbował już w kilku swoich (dla mnie naprawdę świetnych, chociaż zdaję sobie sprawę, że to kino nie dla każdego) filmach... i nie wychodziło, mimo że naprawdę się starał. Potrzeba było produkcji w reżyserii kogoś zupełnie innego, by się udało. I tak właśnie jest w "Pieśni Słonia". Ale czy to pozycja, którą bez najmniejszych wyrzutów sumienia możemy postawić obok "Zabiłem swoją matkę", czy jednego z najbardziej klimatycznych filmów na świecie - "Mama"? Już na wstępie mówię: według mnie - kompletnie nie.

 

9/07/2015

telewizyjny gnój.

Jest wrzesień. Jeszcze niecały miesiąc do mojego wielkiego powrotu. No i ostatni miesiąc z telewizorem (Boże, jak to brzmi). Wrzesień oznacza początek nowych telewizyjnych ramówek. Ja, kiedyś prawdziwy, niekwestionowany król wszystkich (dosłownie wszystkich) programów rozrywkowych, siedzę przed telewizorem i tak jakoś się zastanawiam. Zastanawiam się, czy to we mnie zaszły aż takie zmiany... czy po prostu telewizja i jej propozycje są coraz to bardziej debilne i jakoś kompletnie nie zaspokajające potrzeb odbiorcy. A może właśnie TAKA telewizja je zaspokaja, a ja, jak to ja, jestem staroświecki i najnormalniej w świecie się nie znam?


9/03/2015

krakowskie tęsknotki.

 Jest wrześniowy wieczór, prawie 22:00, a ja, jak to ja - mam potrzebę podzielenia się rozkminą. Tym razem taką pochwalną, taką przepełnioną tęsknotą... taką krakowską. [Polecam od razu kawałek, który znajduje się pod tekstem, bo tak jakoś pasuje... :) ]

 Po dwumiesięcznym odwyku od miasta królów, zmuszony przez niecierpiące zwłoki sprawy, po "królewsku", w niewygodnym autobusie, którego nie polecam, po 3 godzinach i 20 minutach, powróciłem. Kiedy wysiadłem z ów przeciasnego autobusu relacji KROSNO - KRAKÓW, KRAKÓW - KROSNO (bez wymieniania nazwy firmy, chociaż to się samo ciśnie na usta...), lekko speszony zadałem sobie pytanie: TĘSKNIŁEŚ? Przez całe dwa dni się nad tym zastanawiałem, a odpowiedzią już się dzielę:

Nie przypuszczałem, że aż tak bardzo mi go brakuje, autentycznie. Że tak bardzo tęsknie za tym klimatem. Za tym brudem, syfem i smrodem. Nie przypuszczałem, że aż tak brakowało mi Krakowa. Wystarczyły dwa dni. Dwa głupie dni, podczas których miałem milion spraw, by przypomnieć sobie, jak bardzo brakuje mi tego "KRAKOWSKIEGO GNOJU" (wybaczcie za zwrot, ale niestety pasuje najbardziej). Tego mojego pędu, studiów, przyjaciół i znajomych. Zdałem sobie sprawę, że rok, który już za mną w zupełności wystarczył. Wystarczył by się dopasować, by pewnie i przesiąknąć. By, kurde, tęsknić za moim krakowskim życiem. Za nowym domem. Za tym co sobie zbudowałem i co dopiero zaczynałem budować. Ale kiedy po całym dniu, wyszedłem na balkon, rozejrzałem się po moim Ruczaju (dzielnica Krakowa) i zaciągając się na przemian z papierosem, jeszcze bardziej szkodliwym powietrzem (albo raczej czymś powietrzopodobnym) swierdziłem: To prawda, że wszędzie dobrze, że w domu najlepiej - ale od roku mam drugi dom i z całą miłością do mojego podkarpacia, do mojej cichej przystani, ja to bym się już na stałe nie wrócił.

I może to brzmi, jak jedna wielka przesada, czy jakaś tam odmiana snobizmu. Nie dbam o to. Kiedy końcem czerwca, po zdanej sesji, wracałem do domu najnormalniej w świecie - cieszyłem się. W sumie to nie ma co ukrywać, że odetchnąłem wtedy z ulgą, byłem szczerze zmęczony wszystkim - Krakowem też... a może nawet przede wszystkim. Każda miłość potrzebuje odpoczynku, nawet moja do tego miasta. Ale po całych dwóch miesiącach na ojcowiźnie i w kraju sąsiednim stwierdzam, że naprawdę mi go brakuje - ze wszystkim, co w nim dobre, co rewelacyjne i zachwycające, ale także z tym co złe, okropne, i zniechęcające. Taka miłość bezgraniczna, prawda? A może to już fanatyzm? Trudno - taki już jestem.

Szczerze: nie mogę się już doczekać, aż ja i miasto królów znów stworzymy duet doskonały. :)


 
[Łapcie jeszcze kawałek piękny, pasujący do moich wynurzeń!]

TK.