9/16/2015

PIEŚŃ SŁONIA - rezenzja filmu.

 
Doskonale nam znany młody reżyser, aktor i scenarzysta Xavier Dolan za wszelką cenę chciał zabić swoją matkę. Bez skutku próbował już w kilku swoich (dla mnie naprawdę świetnych, chociaż zdaję sobie sprawę, że to kino nie dla każdego) filmach... i nie wychodziło, mimo że naprawdę się starał. Potrzeba było produkcji w reżyserii kogoś zupełnie innego, by się udało. I tak właśnie jest w "Pieśni Słonia". Ale czy to pozycja, którą bez najmniejszych wyrzutów sumienia możemy postawić obok "Zabiłem swoją matkę", czy jednego z najbardziej klimatycznych filmów na świecie - "Mama"? Już na wstępie mówię: według mnie - kompletnie nie.

 


 "Pieśń Słonia" to historia dość banalna, niestety. Michael (w tej roli Xavier Dolan) zabił swoją matkę, słynną śpiewaczkę operową zajętą tylko i wyłącznie swoją karierą. Decyzją sądu, nastoletni chłopak zostaje zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. I tak sobie żyje przez kilka lat. Kiedy w dziwnych i niewyjaśnionych okolicznościach znika lekarz prowadzący jego przypadek, na ekranie pojawia się doktor Green (Bruce Greenwood), i próbuje przesłuchać chorego, który jako ostatni widział zaginionego - i tutaj zaczyna się impreza... w każdym razie zacząć się powinna. Michael postanawia współpracować z Greenem, ale tylko i wyłącznie na swoich zasadach - manipuluje nim, wciąga w jakąś dziwną grę, żeby nie powiedzieć, iż ogłupia biednego psychiatrę. Manipuluje nim, a ten (bądźmy szczerzy) nabiera się na każdą sztuczkę - i o tym ten film. Brzmi nieźle. Brzmi ciekawie, trochę tak DOLANowo. W rzeczywistości (niestety) nie do końca tak jest...

Xavier, jako aktor, ma w sobie coś intrygującego. Coś niebezpiecznego, ciekawego i lekko zatrważającego. Na ekranie widzimy człowieka, który rzeczywiście ma ogromny problem ze samym sobą, ze swoimi emocjami - od poważnego tonu, przechodzi do dziecięcej (niemalże przerysowanej) ekspresji - ten zabieg jest akurat dobry, bo odnosimy wrażenie, że biedny Michael rzeczywiście jest chory i rzeczywiście nie radzi sobie z życiem. Warto zastanowić się nad tą, naprawdę ciekawą i złożoną postacią, bo ile osób tyle opinii i sposobów postrzegania chorego. Zestawiony z nim doktor Green, początkowo jest jego całkowitym przeciwieństwem (wow, w końcu to psychiatra), jednak z każdą chwilą daje się owijać pacjentowi coraz to bardziej wokół palca - daje sobą manipulować, traci kontrolę i (chyba) za bardzo się otwiera. Z resztą, z każdą minutą filmu na jego twarzy coraz wyraźniej zauważalne jest... zwątpienie - przede wszystkim w swoje umiejętności, ale i w pacjenta, którego przypadek jest dość beznadziejny.


 Powiem tak - jestem zły, bo produkcja zapowiadała się naprawdę dobrze. Czekałem na ten film, przede wszystkim dlatego, że bardzo lubię Dolana, a chyba jeszcze bardziej niepowtarzalny klimat jego filmów. Poza tym, zgodnie z tym, co wspomniałem, historia zapowiadała się naprawdę obiecująco. W tym przypadku reżyser za wszelką cenę próbował ukryć kiepski scenariusz - myślał, że uda się to dzięki (według mnie) świetnemu aktorstwu. Nie udało się, bo film ten to szereg wątków, nieudolnie złączonych w całość. Nie wiem po co wplecione zostały problemy osobiste tego psychiatry. Trochę za dużo chaosu, takiego nieudolnego. Nie, ten film to nie jest jakaś masakra, to nie jest dno, ale ja jestem zawiedziony... bo mogło być FANTASTYCZNIE, a jest tylko DOBRZE - i dobrze z minusem - tylko i wyłącznie dzięki aktorom, i klimatowi, który mimo wszystko udało się stworzyć.
 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz