2/27/2015

BIG EYES- recenzja filmu.


Czy potrzeba drugiej osoby, miłości, samorealizacji, spełnienia, a przede wszystkim stabilizacji, i bezpieczeństwa, to tak wiele? Okazuje się, że miewamy zbyt wygórowane oczekiwania…
Historia malarki Margaret Keane (w tej roli Amy Adams) i jej drugiego męża Waltera Keane (Oscar Waltz). Opowieść pełna smutku oparta na autentycznych wydarzeniach, ukazująca życie kobiety, która pragnęła tylko i wyłącznie szczęścia… no i trochę możliwości pokazania światu swego talentu. Ogromnego talentu do ukazywania ludzkich emocji, bólu, smutku i strachu, zawartego w wielkich dziecięcych oczach. Żyjąca w cieniu męża Margaret walczy o uznanie i o odwagę, by wyzwolić się spod wpływu mężczyzny, który zawładnął jej życiem. Doskonałego przedsiębiorcy, uwodzącego tłumy kobiet. Mężczyzny, który zdominował cały jej świat, skradł serce i zabrał to, co miała tylko ona - obrazy ukazujące dzieci o tajemniczych, wielkich oczach. Oczach, które widziały zbyt wiele. Margaret początkowo zaślepiona miłością do męża, później już zastraszona, zamykała się całymi dniami na strychu i tworzyła… dla niego - tyrana, który z niezwykle irytującym uśmiechem na twarzy wmawiał światu, że to jego twórczość. A co w tym wszystkim jest najgorsze? Walter naprawdę wierzył w to, że obrazy są jego autorstwa. Tak bardzo marzył o tym, by mieć talent, że w pewnym momencie jego życie zamieniło się w prawdziwy obłęd, fanatyzm, a jednocześnie spektakl.

To film niezwykle smutny. Smutny jeszcze bardziej, dlatego, że historia jest prawdziwa. Ale ukazany w dość zabawny i przerysowany sposób, co absolutnie nie jest jego wadą, a wielką zaletą. Taki śmiech przez łzy. Wspaniały klimat, piękne zdjęcia. Soundtrack to kolejne mistrzostwo świata. Muzyka idealnie oddaje wszystkie nastroje - te dobre, te złe, a piosenka pt BIG EYES Lany del Rey to arcydzieło. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem takie ciarki na całym ciele - uwielbiam idealnie dobraną muzykę.



Polecam każdemu, kto szuka dobrego, klimatycznego filmu z piękną muzyką. Myślę, że ta pozycja Was nie zawiedzie.


PS. Pojutrze koncert moich DOMOWYCH MELODII - nie widzieliśmy się już prawie 1,5 roku. Mam nadzieję, że krakowski koncert dorówna przynajmniej w połowie temu ostatniemu,  rzeszowskiemu. Nie mogę się doczekać! 

2/23/2015

Oscary, Oscary i po Oscarach...


Miesiące oczekiwań, kilka godzin blasku fleszy, pięknych kreacji, ustawek i po sprawie. Life is life, nananana. Cóż poradzić? Taka jest kolej rzeczy... Jak co roku obstawiłem 16 kategorii, trafiłem 12 - całkiem nieźle. Ida - wielki, wielki sukces, jeszcze większa radość. Sukces nie tylko dla twórców, ale dla całego polskiego przemysłu filmowego. Cieszę się jak głupi, naprawdę. Od samego początku głęboko wierzyłem, że tym razem nam się uda, że tym razem naprawdę zasłużyliśmy, że tym razem wreszcie nas ktoś doceni. No i udało się! Pozostałe cztery nominacje dla Polaków niestety przeminęły, no ale cóż - nie wymagajmy za dużo, bo nie można mieć przecież wszystkiego.

Niestety Boyhood, któremu kibicowałem z całego serca nie dostał najważniejszej nagrody- odebrał ją BIRDMAN, którego, przepraszam, ale fenomenu nie rozumiem. Z drugiej strony można było się tego domyślić, Boyhood to film specyficzny. Film który nie trafił w gusta każdego. Nie udało mi się także jeśli chodzi o nagrody dla najlepszego reżysera (jak można nie doceniać Boyhood'a jako filmu, ba, nawet uważać, że jest średniawy, to jego reżysera naprawdę TRZEBA BYŁO nagrodzić, no ale Akademia Filmowa najwidoczniej mojego zdania nie podziela), najlepsze zdjęcia i najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny.


NAJWAŻNIEJSZE 'AKTORSKIE' NAGRODY:


NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA: JULIANNE MOORE ('STILL ALICE')

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY: EDDIE REDMAYNE ('TEORIA WSZYSTKIEGO')

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA: PATRICIA ARQUETTE ('BOYHOOD')


NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY: J.K. SIMMONS ('WHIPLASH')

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY: IDA



W tym roku nie było jakiegoś spektakularnego płaczu, wielkiego show. Tylko GŁĘBOKIE przemowy, delikatne wzruszenia i udawane zdziwienia... Ja to bym odwalił coś takiego: 

2/22/2015

and the Oscar goes to...


Jedno z moich ulubionych świąt typu ROZDANIE NAGRÓD już dzisiaj w nocy! Oscary. Cel każdego aktora. Wielka gonitwa. Ogromna walka. Specjalne kampanie promocyjne, grube pieniądze wydawane na budowanie wizerunku przyszłego zdobywcy Oscara. Łzy, wzruszenia, sztuczne uśmiechy, jeszcze bardziej sztuczna życzliwość, radość z wygranej rywala. Wszystko wyreżyserowane w 100%. Co tam wesela, urodziny, imieniny, czy studenckie domówki... to jest prawdziwa impreza!

Pisałem już niejednokrotnie o tym, że choruję na tego typu gale rozdań nagród. Jednak Oscary to moja największa choroba. Oglądam, obstawiam, typuję, dyskutuję już kilka miesięcy przez samymi nominacjami. W tym roku, wzorem lat poprzednich urządziłem sobie swoje prywatne Oscary, a w komisji, nie kto inny, jak JA. Mamy cztery nominacje (film nieanglojęzyczny, zdjęcia, kostiumy i dwie nominacje dla filmów krótkometrażowych). Całym sercem jestem za IDĄ, bo uważam, że naprawdę zasłużyła. Ubolewam nad tym, że nasza Kulesza nie została nominowana - no ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. Często udaje mi się trafić w gusta członków Akademii Filmowej, jak będzie w tym roku? To się okaże już dzisiaj w nocy.


 Moje dość optymistyczne przewidywania, co do najważniejszych kategorii:


NAJLEPSZY FILM: BOYHOOD 


NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY: EDDIE REDMAYNE 

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA: JULIANNE MOORE

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY: J.K. SIMMONS

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA: PATRICIA ARQUETTE

NAJLEPSZY REŻYSER: RICHARD LINKLATER (BOYHOOD)

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY: GRA TAJEMNIC

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY: BIRDMAN
NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY, NAJLEPSZE ZDJĘCIA: IDA


NAJLEPSZA CHARAKTERYZACJA I FRYZURY, NAJLEPSZE KOSTIUMY, NAJLEPSZA SCENOGRAFIA: GRAND BUDAPEST HOTEL

NAJLEPSZA PIOSENKA: JOHN LEGEND 'GLORY' (SELMA)

NAJLEPSZY DŹWIĘK: WHIPLASH

NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY: NASZA KLĄTWA



2/20/2015

MAPY GWIAZD- recenzja filmu.

Hollywood. Raj. Marzenie. Któż nie chciałby tam być? Upajać się sławą, pieniędzmi, branżowymi imprezami, kontraktami filmowymi na kolosalne sumy…. Bo przecież PIENIĄDZE DAJĄ SZCZĘŚCIE, prawda? 

 "Mapy Gwiazd" w reżyserii Davida Cronenberga to smutny film, zdecydowanie. Produkcja o tym, jak wymarzony świat większości z nas niszczy psychikę. Jak pieniądze zmieniają człowieka, jak ogromne straty zachodzą w głowie młodego człowieka, który zbyt szybko wepchnięty został do tego bagna. Być może nie mówi o tym wprost, ale zdecydowanie możemy to wydedukować i współczuć, z każdą minutą coraz bardziej.  Film ten porusza także (a może nawet przede wszystkim) tematykę, jaką jest rozliczanie się z przeszłością. Jedna z głównych bohaterek- aktorka Havana Segrad (w tej roli fenomenalna Julianne Moore), walcząca z przemijaniem i tak naprawdę samą sobą, nie może pozbyć się demonów swojej matki, w której cieniu żyje od lat. Kazirodcze małżeństwo (John Cusack i Olivia Williams), goniące głównie za pieniędzmi, walczy z tragedią sprzed lat i z uzależnieniem od narkotyków swojego syna, gwiazdora i bożyszcza nastolatek - 13sto letniego Benjiego (Evan Bird), który w pewnym momencie także popada w obłęd. Jego siostra, zabliźniona i wydziedziczona z rodziny Agatha (Mia Wasikowska) to już tak zagmatwana postać, że nawet nie wiem co o niej napisać….

"Mapy Gwiazd" to zaskakująca satyra o Hollywood. Intrygi, pozowanie, kreowanie na kogoś zupełnie innego, kilogramy leków na sen, na uspokojenie- znajdziecie te aspekty bez wątpienia. Reżyser od samego początku drwi z branżowego stylu życia, limuzyn, przyjęć, ogromnych willi. W niesamowity sposób ukazuje desperacką walkę Havany o rolę, którą kiedyś odgrywała jej matka. Zatrważająca, a równocześnie genialna jest scena, kiedy wspomniana bohaterka dowiaduje się, że dziecko jej koleżanki tonie w basenie (Julianne Moore tańczy wtedy w rytm piosenki "Na, Na, Hey, Hey, Kiss Him, Goodbye" zespołu Steam). Dzięki obłędowi, w który bohaterowie wpadają po kolei, łączy się świat- ten hollywoodzki z metafizycznym, przez co widz głupieje razem z nimi. Tyle, że ten wspomniany śmiech reżysera, to zdecydowanie śmiech przez łzy, bo śmiać nie ma się z czego…


Nadszedł czas, kiedy muszę, niejednokrotnie przywoływaną już Julianne Moore, pochwalić - zdecydowanie dała czadu! Przyćmiła całą obsadę, ale chyba o to chodziło, prawda? Jakby nie było, ekran, według mnie, należał właśnie do niej. Idealnie wcieliła się w bohaterkę, która nie do końca akceptuje to, że człowiek się starzeje, a 'gwiazda' nie zawsze świeci tak samo jasno… W idealny sposób został ukazany właśnie na przykładzie jej bohaterki, aspekt dotyczący zakładania masek- brudna, nieumalowana, zapłakana, cierpiąca na głęboką depresję, lęki, halucynacje, siedząca na sedesie z zatwardzeniem, po czym piękna, umalowana gwiazda filmowa,  pewna siebie i zdecydowanie rozpromieniona na branżowym przyjęciu- dobry kontrast, panie Reżyserze! Z resztą, z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że cała obsada została idealnie dobrana, naprawdę - lepiej to bym nawet chyba ja tego nie zrobił!



Ten film nie jest jakimś arcydziełem, to prawda. Ale chociażby dla roli Julianne Moore, warto go obejrzeć i zastanowić: o co, kurde, chodzi? Myślę, że fakt, iż ile odbiorców, tyle interpretacji jest jeszcze bardziej zachęcający, bo w tym przypadku jest co interpretować. Bardzo zagmatwany, ale ciekawy film, który według mnie warto obejrzeć!

2/18/2015

holiday on the Baltic Sea.



Morze Bałtyckie zimą wygląda zupełnie inaczej. Wygląda chyba lepiej. Tak, na pewno. Puste plaże - ani jednego szalonego turysty. Cisza. Spokój. Tylko Ty, z dala od codziennej gonitwy, Twoje myśli i szum fal. Albo właśnie Ty i całkowicie wyłączony mózg (polecam - przetestowałem!). Kurde, jaki myśliciel się znalazł... Jakby nie było, ten wyjazd, ten pomysł - to była naprawdę świetna sprawa i dobra decyzja. Warto pamiętać o godnym kompanie podróży, bo od tego spokoju, ciszy i w moim przypadku nadmiaru milczenia, to się w głowie może poprzewracać. Także, zmierzając ku zakończeniu - z całą pewnością mogę stwierdzić, że morze zimą jeszcze mnie zobaczy, bo tego widoku, tego spokoju nie da się oddać, czy zastąpić w żaden sposób.

A na pytanie - "nad morze w zimie?!" - odpowiadam: ZDECYDOWANIE TAK.




 






MARTA SOBOLEWSKA PHOTOGRAPHY


2/16/2015

WHIPLASH - recenzja filmu.

Pasja, to sfera życia człowieka niezwykle ceniona. Sfera niesamowicie budująca i ważna. Nadająca sens, motywująca. Ale co jeśli w pewnym momencie staje się chorobliwa, wymyka się spod kontroli i prowadzi  do swego rodzaju obłędu? Gdzie jest granica pomiędzy przekraczaniem swoich możliwości, a wspomnianym obłędem i desperacją?


Andrew (Miles Teller) to zwykły chłopak wychowywany przez samotnego ojca, kochający muzykę, kochający nad życie jazz. Chłopak z marzeniami, niezwykłą wrażliwością… z ambicjami do bycia jednym z najbardziej cenionych muzyków. W pewnym momencie w jego życiu pojawia się profesor - legenda, pan Fletcher (J.K. Simmons). I wszystko przestaje być takie jak kiedyś.  Powiem więcej - Andrew zaczyna swoją wędrówkę przez prawdziwe piekło, które zostawi ślad w jego psychice na zawsze. Z chłopaka zakochanego w jazzie, wkładającego w grę na perkusji całego serca, ba, całej duszy, staje się swego rodzaju robotem. Robotem, który a wszelką cenę chcę być coraz lepszy - nie dla muzyki, ale dla uznania Fletchera i wizji postrzegania go jako WIELKIEGO. Pot, łzy, zszarpane nerwy, poniżanie, upokorzenia, tryskająca krew, dosłownie spływająca po pałeczkach i talerzach - to tylko nieliczne ze zjawisk towarzyszących młodemu muzykowi, który stawia wszystko na jedną kartę, rezygnując nawet z miłości.

Ten, kto myśli, że jest to film o muzyce - myli się. W żadnym wypadku nie jest to produkcja poświęcona tej tematyce. Oczywiście, można powiedzieć, że staje się ona swego rodzaju bohaterem filmu, ale to nie zmienia faktu, że jest to film, nie o muzyce, a o MUZYKACH, a to zdecydowanie różnica. Film o wyrzeczeniach, ciężkiej pracy, zniszczonej psychice, o dążeniu do perfekcji, ot tak, za wszelką cenę…. do ostatniego tchu. O tym, jak pasja może stać się największym koszmarem. O tym, ile człowiek jest wstanie znieść dla miłości swego życia, dla własnych ambicji.

 Abstrahując od tego, o czym jest ten film, a o czym nie jest, na długi czas w mojej pamięci pozostanie obłęd w oczach głównego bohatera w ostatniej scenie. Obłęd pomieszany ze strachem, desperacją i walką o dobre imię. Ta tryskająca krew z otwartych ran od pałeczek. Zaciśnięte zęby, twarz czerwona od bólu. To naprawdę zostaje w widzu, do tego stopnia, że ja, wychodząc z kina, po kilku minutach milczenia powiedziałem tylko: 'woow…' 




Jedyną wadą, jaką w tej chwili dostrzegam, to to, że reżyser w pewnym momencie zapomniał o duszy w muzyce. Pod koniec słyszymy już tylko technikę, dopracowaną praktycznie do perfekcji. Myślę, że za bardzo się na niej skupił. Tam już nie ma muzyki, która koi, bawi… zostaje tylko technika.  Technika i walka, pomieszana z obłędem i smutkiem. Może nawet z rozpaczą i desperacją. Tego właśnie mi brakuje - prawdziwej muzyki, tej z duszą. Liczenie taktów, kontrolowanie tempa - tak, wiem, że bez tego nie ma muzyki, ale chyba za bardzo to wszystko zostało oparte właśnie na tym, czego się czepiam. Zabrakło dobrej zabawy, radości…


Mimo wszystko jest to film dla pasjonatów muzyki, nie tylko jazzu, ale ogólnie pojętej muzyki. Warto go zobaczyć, chociażby dla perfekcyjnej techniki, świetnych kreacji aktorskich obiecującego Tellera i Simmosa. Jest to film także, a nawet przede wszystkim dla tych, którzy szukają  produkcji, która w pamięci pozostanie na długo. Ta zdecydowanie pozostanie, nie ma innej opcji, gwarantuję. Film wbija w fotel, sprawia, że każda kolejna minuta zmienia coś w nas, ot tak po prostu. BRAWO!

2/14/2015

2/12/2015

BOYHOOD- recenzja filmu.



Boyhood to film, który już od dawna siedzi mi w głowie i wyjść z niej nie może. Co tu dużo mówić - poruszył mnie, nawet bardzo. Dlaczego? To doskonały eksperyment, tworzony przez 11 lat, który spełnił moje oczekiwania… oczekiwania co do ukazania codzienności.

Jest to opowieść o życiu Masona i otaczających go osób, od jego 5 do 18 urodzin. Opowieść o zwykłej codzienności, szarości życia, którą tak naprawdę zna każdy z nas. To co zachwyca jeszcze bardziej, to fakt, że bohaterowie dorastają/ starzeją się wraz z posuwającą się akcją, bowiem film ten, tak jak wspomniałem, kręcony był przez 11 lat. To jest fenomen, to jest doskonały pomysł, na który tak naprawdę nie wpadł nikt wcześniej. Z każdą minutą możemy obserwować kolejne perypetie i etapy w życiu Masona i jego bliskich, a przy tym zmieniający się wygląd chłopca. Pierwszy rowerek, przyjaciel, kłótnie z siostrą, przeprowadzka, tęsknota za ojcem; pierwsze piwo, papieros, kłamstwo, imprezy, dziewczyny. Pierwsza miłość, pierwszy zawód, ból, czy niepewność co do przyszłości i moment wyprowadzki z domu. Wątki, które nie są nam obce i być może dlatego te nad wyraz proste sceny, ten naprawdę niezbyt skomplikowany scenariusz tak porusza..
Towarzysząc głównemu bohaterowi i jego bliskim nie raz się uśmiechnąłem, nieraz im współczułem, a nieraz ze łzami w oczach pomyślałem: ‘Boże, to tak jak ja, miałem naprawdę to samo…’. A najlepsze w tym wszystkim jest i tak to, że przez [ponad] 160 minut naprawdę przywiązałem się do tej rodziny. I właśnie to mnie tak zachwyca, za to chwała reżyserowi - udało mu się pokazać codzienność w tak piękny, a zarazem normalny sposób. Sprawił, że widz czuje się, jakby dorastał razem z Masonem, jakby szedł z nim przez życie, które bywa tak zaskakujące.

Nie sposób nie wspomnieć o wędrówce poprzez dekadę. W doskonały, a [co ważne] nienachalny sposób ukazana została moda, panujące trendy, przedstawione za pomocą muzyki [od Britney Spears i skaczących amerykańskich nastolatek, przez Lady Gagę, po alternatywną i niezależną muzykę], ubrań, akcesoriów. Widzimy tam pierwszego xBoxa, wojnę w Iraku, walkę Obamy o fotel prezydencki, fenomen Harrego Potera. Reżyser dołożył wszelkich starań, aby czynniki te były bardzo wyraźnym tłem, a nawet jednym z głównych, najgwałtowniej zmieniających się bohaterów opowiadanej historii.



Być może właśnie dlatego ten film zrobił na mnie takie wrażenie? Może dlatego, że w pewnych momentach zobaczyłem tam siebie? Prawda jest taka, że nie jest to produkcja dla każdego, nie każdy doceni coś tak normalnego, jak codzienność. Nie każdego to tak zachwyci. Ja zdecydowanie doceniłem i zachwyciłem się tym wszystkim. I trzymam kciuki z całych sił, by te wszystkie nominacje zamieniły się w OSCARY.

2/09/2015

wielkie muzyczne święto- grammy awards.


Wspomniałem wczoraj, że choruję na gale rozdań nagród - zarówno tych muzycznych, jak i filmowych. Los chciał, że wczoraj, a właściwie to dzisiaj nad ranem miała miejsce jedna z moich ulubionych, jedna z najważniejszych gal muzycznych - 57 ceremonia rozdania nagród Grammy.
Niezmiennie od kilku lat oczekuję z zapartym tchem na początek lutego. Trzymam kciuki za moich faworytów, obstawiam zwycięzców. Cieszę się na każdą nominację, potwierdzony występ, jak głupi.

Nagrody Grammy w przemyśle muzycznym są naprawdę ważne- porównywalne do Oscarów w branży filmowej. Artystom zależy na tym, aby mieć ich najwięcej, ponieważ ZDOBYWCĄ NAGRÓD GRAMMY WARTO BYĆ, ot tak, chociażby dla lansu. Weźmy taką Beyonce- zdobywczyni 20 nagród Grammy, Kanye West i Jay-Z 21, Rihanna 8, Katy Peryy- no Katy nie ma niestety... a pewnie by chciała. Life is life. 

Niektórzy z wielu zwycięzców:



Uważam, że poziom gali był naprawdę wysoki. Ba, chyba najwyższy od lat - tak myślę. Bardzo, bardzo dużo gwiazd, dobrych, wręcz wyśmienitych występów. Na przykład taka babcia Madonna rozniosła scenę, Rihanna z ekipą pokazała trochę inną twarz, Kanye w sumie też. Gaga zamknęła usta tym, którzy wątpią w jej talent. Beyonce... Beyonce to jest królowa wszystkiego. Katy Perry musiała podrażnić moje uszy. Pharrell efektownie odgrzał swój hit. Wielki zwycięzca, Sam Smith, zaczarował nas wszystkich... I mógłbym tak się rozpisywać i rozpisywać. Było naprawdę dobrze!


BEYONCE


RIHANNA, KANYE WEST i PAUL MCCARTNEY


MADONNA


JOHN LEGEND

HOZIER & ANNIE LENNOX


LADY GAGA & TONY BENNETT


SIA


PHARRELL

2/08/2015

nowy rozdział czas zacząć!

"Blogów takich jak ten jest naprawdę dużo" - być może to prawda, ale żaden z nich nie jest mój. Ten pomysł chodził za mną od dawna - takie moje małe marzenie - bo przecież TUTAJ JESZCZE MNIE NIE BYŁO… do dzisiaj. :)



Jak nietrudno się domyślić - patrząc na mój 'pseudonim' - 20 lat temu nazwali mnie Tomasz. Tomasz dorastał na Podkarpaciu, żył, działał, rozwijał się i przede wszystkim marzył. Aż do momentu, kiedy znalazł się w Krakowie - mieście, które z dnia na dzień zachwyca coraz bardziej. Nie żebym marzyć przestał, ale teraz studiuję zarządzanie kulturą i mediami na Uniwersytecie Jagiellońskim i nie ma co ukrywać, że moje życie zmieniło się diametralnie. Na co dzień możecie zobaczyć mnie z kubkiem kawy i papierosem w ręku gnającego  do pracy, albo na uczelnię.  Ewentualnie zaczytanego w którymś z  krakowskich tramwajów, bo czytać też lubię.
Żywię się głównie dobrą muzyką - przede wszystkim ciągnie mnie w stronę indie folku, ale staram się raczej nie ograniczać, świetnymi filmami (koniecznie w Kinie pod Baranami, którego jestem największym fanem), ogólnie pojętą kulturą i sztuką… no i tak jak wspomniałem papierosami (ale nikomu nie mówcie, bo mama będzie zła).

Jestem wielkim miłośnikiem teatru, literatury (tej papierowej!), pięknych inspirujących miejsc i przygód. Tak, tych ostatnich, to ja zdecydowanie ciągle poszukuję… Po prostu wychodzę z założenia, że życie jest zbyt krótkie, aby się nudzić, a co! Poza tym, jak można się nudzić? Odpowiedź na to pytanie naprawdę ciężko jest mi odnaleźć, a jeszcze ciężej jest mi zrozumieć tych nudzących się. Stąd też, gnam, gnam i jeszcze raz gnam przed siebie, starając się wyciągać od życia jak najwięcej się da. I Was zabieram razem ze sobą!

Trochę muzyki, relacje z rozdań nagród, na które choruję, bardzo dużo o filmach, piękne i inspirujące miejsca, trochę mody- o tym właśnie będzie ten blog- o mojej codzienności. Być może to dla Was nic nowego, ale gwarantuję - z Tomaszem jeszcze nie gnaliście!