Zaczniemy nieco refleksyjnie, bo od piosenki Marylki Rodowicz, idealnie wpasowującej się w ostatnie, dość mocno refleksyjne dni. To już ostatnia notka w tym roku. 2015 był rokiem dziwnym, w pewien sposób przełomowym. Rokiem, który przeleciał, ba, można powiedzieć, że zwiał, jeszcze szybciej, aniżeli wszystkie wcześniejsze. Z resztą, co rok, to czas leci szybciej, jakby na złość, jakby chciał udowodnić, że może, że życie naprawdę gna... że przemija. "Co nam te rok zabierze, a co daruje nam?" - oto jest pytanie!
12/30/2015
czegoś koniec, innego początek.
Zaczniemy nieco refleksyjnie, bo od piosenki Marylki Rodowicz, idealnie wpasowującej się w ostatnie, dość mocno refleksyjne dni. To już ostatnia notka w tym roku. 2015 był rokiem dziwnym, w pewien sposób przełomowym. Rokiem, który przeleciał, ba, można powiedzieć, że zwiał, jeszcze szybciej, aniżeli wszystkie wcześniejsze. Z resztą, co rok, to czas leci szybciej, jakby na złość, jakby chciał udowodnić, że może, że życie naprawdę gna... że przemija. "Co nam te rok zabierze, a co daruje nam?" - oto jest pytanie!
12/28/2015
perły 2015 roku.
Koniec roku zbliża się wielkimi krokami. Z racji, że jestem osobą dość sentymentalną, uwielbiam podsumowania, zestawienia, bilanse zysków i strat. Wchodzi we mnie jakaś niewiarygodnie nieokiełzana melancholia i chęć oddania się refleksjom, którym co roku, najnormalniej w świecie się poddaję. Staram się poświęcić ostatnie dni każdego roku na zastanowienie się nad tym, co było dobre, a co złe... Dzisiaj chciałbym zacząć od tego, co w tym kończącym 2015 roku, mnie inspirowało - od muzyki i filmów.
Etykiety:
film,
inspiracja,
KINGowe rozkminy,
muzyka,
opinia,
piosenka
12/23/2015
12/21/2015
12/19/2015
na co do kina na początku 2016 ?
Miałem wielką ochotę na kino, jak co tydzień. Pomyślałem sobie, że pójdę, zobaczę coś fajnego, napiszę recenzję... I wchodzę, tak rozemocjonowany swoim planem, na stronę jednego kina, drugiego, trzeciego.... a tam? A tam wielkie NIC. To znaczy, są jakieś filmy, niektóre nawet całkiem niezłe, ale tak sobie myślę, że w sumie, to chyba nie ma sensu oglądać i płacić za cokolwiek, byleby to się kinem nazywało. Stąd też, zostałem w domu. Obrażony na kino. Obrażony, bo sprawdziłem daty premier filmów, na które czekam. I co? I wszystkie od stycznia - jeden, za drugim. Super. Nie żeby akurat wtedy sesja się zaczynała, zaliczenia itp. Z drugiej strony - normalka. Trzeba zacząć odkładać pieniądze (tym bardziej, że wychodzą praktycznie jeden po drugim), bo będzie na co chodzić, zdecydowanie. I ja właśnie o tym dzisiaj - WYCZEKIWANE PRZEZE MNIE PREMIERY, POCZĄTKU 2016 ROKU. :)
Etykiety:
film,
inspiracja,
opinia,
premiera
Lokalizacja:
Kraków, Polska
12/16/2015
ciekawe miejsce: MOCAK - podejście drugie.
To już moja kolejna wizyta w MOCAKu (przyp. Muzeum Sztuki Współczesnej). Lubię to miejsce przede wszystkim przez klimat, niepowtarzalny klimat. I tą dziwną aurę w powietrzu. Za tą ciszę. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Z resztą, pisałem o tym kilka miesięcy temu - w marcu chyba. MOCAK podarował nam dużo fajnych wystaw fotografii, rysunków, filmów, animacji, instalacji... zarówno stałych, jak i tych czasowych - tym razem takich, jak np. "Gdy Polityka Wchodzi w Codzienność", "Poezja i fotografia", "Artyści z Krakowa. Generacja 1980-1990". Myślę, że dla każdego coś dobrego.
Krótka fotorelacja:
Etykiety:
ciekawe miejsce,
fotorelacja,
inspiracja,
Kraków,
muzeum,
relacja,
zdjęcia
12/13/2015
MA MA - recenzja filmu.
Na początku pomyślałem sobie - to kolejna historia o tym samym: relacja matka-syn, choroba, walka z nią. Mimo to poszedłem do kina, by zobaczyć, co tym razem serwuje nam piękna Penelope. Okazało się, że film filmem, rzeczywiście zbyt patetyczny, lekko przerysowany, ale rola... Hiszpańska piękność dała czadu! I to dla niej warto, naprawdę warto, zobaczyć film "MA MA". Bo to propozycja, która mimo wszystko coś w nas zmienia. Kiedy siedzisz w tym kinie, zdajesz sobie sprawę, że coś pęka. Co? Tego nie wiem...
12/10/2015
świąteczna muzyka - zaczynamy!
Mamy grudzień. Do świąt zostały dokładnie 2 tygodnie. W sklepach i na ulicach święta już od dawna - wszędzie pełno ozdób, światełek, dekoracji, mniej, lub bardziej udanych. Gra muzyka. Jest klimatycznie. Jest pięknie... W Krakowie, jak zwykle na bogato, może i trochę tandetnie, ale można! Bo czemu nie? Lubię te święta. I lubię ten świąteczny szał. Jest grudzień, a to oznacza, że możemy już tak pełnoprawnie (a nie cichaczem w słuchawkach) słuchać świątecznych piosenek - a to chyba jeden z lepszych momentów w ciągu roku (no może oprócz wakacji). Trochę wstyd, bo już 10.12, a ja dalej nie zacząłem - chyba się starzeję. Szczerze powiedziawszy, ciężko jest mi wybrać ulubione utwory, bo jest ich tak dużo... Mimo to, spróbuję wskazać kilka kawałków, czy płyt, które od kilku lat nie schodzą z mojej świątecznej playlisty (kolejność losowa). :)
12/05/2015
wciąż się dzieje życia cud.
To był tak dziwny tydzień. Tydzień pracowity, zabiegany i dość intensywny... jak dawniej. Miło jest znów nie mieć czasu na nic, a mimo wszystko (paradoksalnie) mieć go dużo więcej. Miło jest patrzeć na zwiększoną efektywność, zastanego już organizmu i dużo większą dawkę energii. Miło jest wykorzystywać siebie w dużo większym stopniu. Miło jest dostać kopniaka...
To był też (tak naprawdę to przede wszystkim) tydzień zetknięcia się z ludzkim jadem, zawiścią i w sumie, to można z całą świadomością i odpowiedzialnością powiedzieć, że nienawiścią. Siedzi to we mnie, mimo wszystko, mimo że to nie w moim stylu. Z roku na rok, ba - dnia na dzień, zdaję sobie sprawę, że ludzie, to dziwne stworzenia. Dziwne, zakompleksione i chyba prowadzące tak nudne życie, że za wszelką cenę chcą wejść z butami do życia innych. Pojawia się tylko jedno pytanie: skąd bierze się aż tyle jadu? Tyle jadu i dlaczego jeszcze więcej nienawiści, zawiści? Po co? Po co tracić czas na życie życiem innych? I po co głośno komentować i wygadywać same bzdury... do obcych osób? O prawdę się nie gniewam. Gniewam się o kłamstwa wyssane z palca, o koloryzowanie, tylko po to, by opowieść była bardziej barwna i oczepianie się osób ze mną powiązanych. Życie... potrafi zaskoczyć. Ludzie potrafią zaskoczyć. I pewnie nie byłoby w tym nic wyjątkowego, bo jestem dość przyzwyczajony do tego typu sytuacji... chociaż nie - do takiego ogromu jadu nie jestem i nie zamierzam być, dlatego o tym piszę i zwracam na to uwagę. Jest mi najzwyczajniej w świcie przykro, że są tacy, którzy oceniają po okładce. Chociaż moja okładka chyba nie jest aż taka zła. Jakakolwiek INNOŚĆ, nawet ta najmniejsza, zawsze będzie po prostu... inna i piętnowana. I na koniec apeluję, by spojrzeć w lustro i się zastanowić, czy nie ma ciekawszych rzeczy niż zawiść i plotki. Refleksja jest taka, że ludzie są po prostu straszni. Ale wierzę, że w życiu wszystko wraca... to też wróci.
Koniec roku coraz bliżej. Zaczynam nastawiać się nad podsumowaniami, które niezmiennie od lat mnie fascynują. Zastanawiam się nad tym, co było dobre, a co złe - pierwsza refleksja? To był cholernie dziwny rok. Ot tak, po prostu. C.d.n
TK.
11/30/2015
listopadowe muzyczne perełki.
Kolejna odsłona muzycznych perełek... tym razem z listopada - przeponurego miesiąca. Smutne, rozleniwione, jesienne dni. Nie ukrywam, że było dość muzycznie... i wbrew pozorom, wcale nie tak bardzo zamulająco - no dobra, żartuję - było bardzo, bardzo zamulająco (przecież nie byłbym sobą), ale miejsce dla 2 pozytywnych kawałków też się znalazło. 20 listopada pojawiła się płyta Adele i od tego czasu, to jej utwory królowały na moich playlistach, ale (możecie odetchnąć z ulgą) Adelki w tym zestawieniu nie będzie, bo co za dużo, to niezdrowo. :) Przygotowałem siedem propozycji, może i w podobnej stylistyce, ale każda z nich jest inaczej rozwalająca. Miłego słuchania!
11/27/2015
sekret.
Ostatnio tylko narzekam. Bo to jest niedobre, to takie niesprawiedliwe, a tamto takie złośliwe. I się pogody czepiam i ludzi, i siebie, i świata. I wszystko jest ogólnie nie tak. Deszcz wkurza, wiatr jeszcze bardziej, śnieg dziwi, a słońce, jak już jest, to razi. A najbardziej to wkurzam siebie sam - moja rozlazłość w ostatnich dniach osiągnęła szczyt, a to chyba nawet jak na mnie, za dużo. Świat jest zły, ludzie jeszcze gorsi. A w głowie jeden wielki pesymizm i czarne myśli. A to chyba nie tak powinno być. Życie samo w sobie bywa wystarczająco okrutne, zaskakujące i płatające figle. Bo co to za usprawiedliwienie, że jest jesień? Kto to w ogóle wymyślił? (cicho, wiem, że ja.) Czy brzydka jesień zwalnia nas z życia? Usprawiedliwia to, że siedzimy w domach, jak takie rozleniwione ryby? Odpowiada za to, że włączyła się jedna wielka znieczulica i obojętność... właściwie na wszystko? Nie. Czy to jesień jest odpowiedzialna za to, że na własne życzenie marnujemy czas, energię i znajomości. Znów nie. Czy to ona odbiera nam radość z życia? Przecież, cholera jasna, taka jest kolej rzeczy - słońce znika na kilka miesięcy, żebyśmy, na wiosnę, znów je docenili. Przecież tak jest od lat. Wiadomo, żyje się trudniej, oddycha się ciężej (tym bardziej w czyściusieńkim Krakowie) i nie oszukujmy się - energii rzeczywiście jest mniej - ale to nie są powody, by to wszystko pogłębiać jeszcze bardziej.
Dotarło do mnie w końcu to, że ta jesień, sama w sobie, nie jest taka okropna. To moje myśli przyciągają wszystko, co złe. Moje podejście powoduje, że rzeczywiście nastrój jest gorszy, energii jeszcze mniej i jakichkolwiek chęci do działania - to, że jedna, czy dwie jesienie to nie był dobry czas w moim życiu, nie oznacza, że każda już taka będzie - a okazuje się, że na właśnie życzenie tak się dzieje. Zrozumiałem na czym polega sekret, w który nie tak dawno się zaczytywałem - przyciągamy wszystko, co się dzieje w naszym życiu. Wszystko, co dobre, ale też (niestety) wszystko co złe. Każda sytuacja zależy od naszego podejścia. I to jest, tak bardzo, prawda. Ciągle się tego uczę i wiem, że anioły stróże, walcząc i zagłuszając mój pesymizm, pomagają mi przyciągać to, co dobre. Chyba czas przestać marnować czas na obawy, kompleksy i przejmowanie się całym światem. Żyć tylko TU i TERAZ. Dla siebie. I dla ludzi, na których nam zależy. I próbować, ryzykować i ciężko pracować z uśmiechem na twarzy, bez mało atrakcyjnych myśli. Czas skończyć mówić, że się zaczyna, a w końcu zacząć. Czas obudzić się z tej drzemki poprzedzającej/zwiastującej sen zimowy. Bo Sroki na zimę nie zapadaj w sen, ani nie uciekają do ciepłych krajów. Żyją. Tu i Teraz.
TK.
Dotarło do mnie w końcu to, że ta jesień, sama w sobie, nie jest taka okropna. To moje myśli przyciągają wszystko, co złe. Moje podejście powoduje, że rzeczywiście nastrój jest gorszy, energii jeszcze mniej i jakichkolwiek chęci do działania - to, że jedna, czy dwie jesienie to nie był dobry czas w moim życiu, nie oznacza, że każda już taka będzie - a okazuje się, że na właśnie życzenie tak się dzieje. Zrozumiałem na czym polega sekret, w który nie tak dawno się zaczytywałem - przyciągamy wszystko, co się dzieje w naszym życiu. Wszystko, co dobre, ale też (niestety) wszystko co złe. Każda sytuacja zależy od naszego podejścia. I to jest, tak bardzo, prawda. Ciągle się tego uczę i wiem, że anioły stróże, walcząc i zagłuszając mój pesymizm, pomagają mi przyciągać to, co dobre. Chyba czas przestać marnować czas na obawy, kompleksy i przejmowanie się całym światem. Żyć tylko TU i TERAZ. Dla siebie. I dla ludzi, na których nam zależy. I próbować, ryzykować i ciężko pracować z uśmiechem na twarzy, bez mało atrakcyjnych myśli. Czas skończyć mówić, że się zaczyna, a w końcu zacząć. Czas obudzić się z tej drzemki poprzedzającej/zwiastującej sen zimowy. Bo Sroki na zimę nie zapadaj w sen, ani nie uciekają do ciepłych krajów. Żyją. Tu i Teraz.
TK.
11/22/2015
25 - recenzja płyty Adele Adkins.
Miesiące oczekiwań. Niepewność, czy Adele podoła, czy nie zawiedzie oczekiwań, czy wytrzyma presję... Czy płyta będzie przynajmniej w połowie tak dobra, jak poprzedniczka? A to wszystko wymieszane z ogromnym podekscytowaniem i głodem emocji, do których wokalistka nas przyzwyczaiła. Najpierw oficjalna data premiery nowego krążka (i radość, że nie zrezygnowała z muzyki na rzecz macierzyństwa, bo jak się okazuje - był taki pomysł), później pierwszy singiel, który pobił każdy możliwy rekord. Data premiery zbliżała się wielkimi krokami, emocje rosły, oczekiwania też - coraz więcej ludzi najzwyczajniej w świecie zaczęło odliczać dni do premiery nowego dzieła Brytyjki, do 20.11.2015r... w końcu, kiedy ten dzień nadszedł, kiedy możemy już słuchać tego, co Adelka nagrała, pojawia się pytanie: co sądzisz o nowej płycie Adele Adkins, o następczyni wybitnej "21"? Odpowiedź to kolejne pytanie: jak śmiałem zastanawiać się, czy Adele podoła...?
11/17/2015
(brak)kultury narzekania.
Miała być notka o muzycznych przedadelowych premierach, ale jak ja mam coś o nich napisać, kiedy moje ucho nie przyjmuje żadnych dźwięków? Moje ucho czeka już na Adele i nie może się doczekać, by z nią pozamulać - mam wielką nadzieję, że to będzie właśnie taka płyta. Jeszcze 3 dni i się przekonamy... ale nie o tym teraz. Teraz pielęgnuję w sobie polską cechę i... narzekam, bo mogę. Narzekacie ze mną?
Nienawidzę dni, jak ten, tak z całego serca. Kiedy siedzę przed laptopem i mam pisać. Kiedy chcę pisać, wiem o czym, a mimo to nie mogę. Artystyczno-twórcza niemoc pseudo artysty (najgorzej!). Kiedy nawet mój wielki rytuał z oficjalnym zasiadaniem, z kawą, herbatą i górą słodyczy nic nie daje. Nawet kisiel. I milka. I spaghetti. I kubek gorącej herbaty, pod kocykiem - stylizowany na Kasię Tusk, rzecz jasna. Dni, kiedy jestem obrażony na świat, na ludzi, na powietrze (a raczej na to coś, co powietrze w Krakowie ma przypominać), na siebie. Kiedy wkurzają mnie ambitne filmy i debilne programy (ale żeby mnie nawet Warsaw Shore irytowało?). Kiedy nie mogę zdzierżyć ambitnej muzyki, a ta wieśniacka wkurza mnie dwa razy bardziej. Dni, kiedy nie mogę znieść towarzystwa kogokolwiek - a co najgorsze - (powtarzając) kiedy nie mogę znieść siebie, bo sam doprowadzam się do szału. Obrażona księżniczka ogarnięta ogólną niemocą życiową, tak to ja. Czy można to nazwać samowystarczalnością? Myślę, że zdecydowanie tak. Zero efektywności. Zero zapału do czegokolwiek. Dni lecą mi właściwie na niczym. Nie lubię tak, bardzo.
A to wszystko przez ten cały listopad. Piękna, polska złota jesień - tylko ja się pytam: gdzie to piękno? Gdzie to złoto? Mokro, zimo, mgliście. Pogoda marzenie, nie? A ja, jak to ja, pochwaliłem, pełen nadziei, powiedziałem, że nie ma co narzekać, że jest nieźle, naiwnie wierząc, że tak już zostanie. Frajer. Naiwniak, żeby nie nazywać się już po imieniu... Bo ten cały listopad, to się ostatnio taki wredny zrobił - cwaniak jeden. Jak byłem młodszy, to się nawet jakoś jeszcze dogadywaliśmy, a teraz? Minął (dopiero) miesiąc od notki, w której już publicznie narzekałem - ale tak sobie dzisiaj myślę, że co ja wtedy mogłem wiedzieć? Co to za jesień wtedy niby była? Tak, wiem - powtarzam się, ale nie byłbym przecież sobą... Przez te kilka miesięcy zdążyliśmy się już całkiem nieźle poznać. I teraz narzekajmy głośno, dzisiaj można, dzisiaj trzeba - na wszystko, na wszystkich. Bo jak jutro mi się tak przytrafi, że wstanę (dla odmiany) prawą nogą, to się może skończyć zezwolenie.
Koniec wynurzeń. Bez odbioru.
Obrażony
TK.
11/15/2015
MŁODOŚĆ - recenzja filmu.
"Młodość", to film, na który czekałem od dawna. A że jestem niezmiennie zachwycony i oczarowany "Wielkim Pięknem" tegoż samego reżysera, czekałem jeszcze bardziej niecierpliwie, z zapartym tchem, aż do premiery. Mimo, że w kinach już był zabierałem się do niego przez kilka dobrych tygodni. Pewnie głównie z sentymentu do reżysera, bo "Wielkie Piękno", jak sama nazwa wskazuje, jest piękne, żeby nie powiedzieć, iż doskonałe, wybitne, i ze strachu, że istnieje ewentualność, iż mogę się zawieść. Kilka dni temu stało się - poszedłem, zobaczyłem i dodałem do teczusi z filmami zostającymi w człowieku na długi, długi czas. Bo właśnie takich filmów mam potrzebę. Bo takich filmów mam deficyt. Nie zawiódł mnie, a oczarował, nawet bardzo...
11/11/2015
autumn.
Dzień
za dniem biegnie nieubłaganie. Jesień. Tak, to nie moja pora. Listopad
to najgorszy miesiąc w roku i z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że
nie cierpię go z całego serca, ot tak - dla samej zasady. Energia się
ulatnia, życie się ulatnia, kolorów praktycznie nie ma. Zero siły,
mobilizacji do czegokolwiek. I zero tlenu. Nie lubię tak. Mimo to muszę
przyznać, że w ostatnich jedenastu dniach trafiło się kilka pięknych,
słonecznych dni, takich w moim stylu. I (jak co roku) smog się trafił. I
ignorancja krakowskich władz. Bo po co reagować, skoro norma smogu jest
przekroczona tylko (około) 6 razy(!)?
Normalka. Polsko-krakowska norma 100%. Taki jest ten świat. I taki jest
ten Kraków - brudny, ale i piękny. Coś za coś, nie? Ostatnie (smogowe)
dni wykorzystaliśmy do tego, by znów połączyć siły z jednym z
najlepszych krakowskich fotografów młodego pokolenia (muszę tak, bo
więcej mi zdjęć nie zrobi), prywatnie z moim współlokatorem - panem
Jakubem Suchem.
11/05/2015
OBCE NIEBO - recenzja filmu.
W Polsce nie jest najlepiej, nie oszukujmy się. Często wyjeżdżamy, by żyć lepiej. Tak, jak oni. Oni, czyli ci, którzy zetknęli się z faktem, że każde państwo ma inną kulturę, inne obyczaje i... inne prawo, przede wszystkim. To zatrważająca historia o bezprawiu wynikającego z nadopiekuńczości państwa. Paradoks? Fakt. Walka z wiatrakami. Bezsilność. A w tym wszystkim polska rodzina. Dobra historia. Ale... jak się nie umie czegoś robić w 100%, to się nie powinno do tego zabierać. Zazwyczaj recenzuje tutaj filmy, które w jakiś sposób zrobiły na mnie wrażenie - albo mnie zachwyciły, albo rozwaliły, albo zdziwiły. Tak, ten w sumie pasuje - jest zadziwiający. Zadziwiająco mnie zawiódł, bo uważam, że jest zadziwiająco... średni. I ma zadziwiająco dobre recenzje. Zadziwiające, prawda?
10/31/2015
październikowe muzyczne perełki.

Kontynuując autorski cykl, tym razem wyjątkowo niespóźniony, prezentuje październikowe muzyczne inspiracje. Przyznam, że nowa, świeża muzyka zaczęła się pojawiać w moich słuchawkach dopiero w drugiej połowie miesiąca - przerażony myślałem: "Cholera, co ja tutaj wstawię na podsumowaniu miesiąca, skoro słucham ciągle tego samego?!". Na szczęście muzyka przyszła do tego stopnia, że zastanawiałem się, co wybrać. Bardzo owocny miesiąc ciekawych odkryć. Kilka nowości, kilka powrotów na moje królewskie playlisty - z resztą, przekonajcie się sami! :)
10/28/2015
ADELE.

Kilka dni temu usłyszeliśmy pierwszą od 3 lat piosenkę - zapowiedź następczyni historycznej płyty '21', wydanej w 2011 roku, ciągle okupującej światowe listy najlepiej sprzedających się albumów. Świat oszalał, prawdziwie oszalał. Każdy z zapartym tchem czeka na premierę nowego krążka, na wielki powrót Królowej kojenia serc, Królowej emocji, czystych emocji. Powrót arcyartystki XXI wieki. Bez udziwnień, bez kombinacji, bez skandalu i szoku. Czysta muzyka. Tak, o Adele mowa. Znów będzie koić. I dzięki Ci, Boże, że nie przyszło jej do głowy zająć się tylko macierzyństwem. Dzięki Ci, za Adele - tak, po prostu. Dzisiaj skupiam się właśnie na niej. Na coraz silniejszym fenomenie Adele Adkins. Czy słusznym?
Etykiety:
Ikona,
inspiracja,
KINGowe rozkminy,
muzyka,
opinia,
piosenka,
recenzja
10/24/2015
DEMON - recenzja filmu.
DEMON, to film, na który czekałem z zapartym tchem. Dlaczego? Bo już w zwiastunie widać, że to coś innego, wreszcie coś świeżego, barwnego, niebanalnego, a jednocześnie lekko przerażającego i zapierającego dech w piersiach. Marcin Wrona zaryzykował, podjął się (według mnie) trudnego tematu, a może nie tylko tematu, co przede wszystkim trudnej stylistyki - postanowił połączyć najprawdziwsze, takie stuprocentowe polskie wesele z motywem opętania, metafizyką - coś w rodzaju połączenia komedii z horrorem - czy mu się udało? Czy warto poświęcić czas i pieniądze? Poszedłem, zobaczyłem i... podobało mi się, bardzo!
10/21/2015
Demeter i Kora.
Jesień. Przyszła, choć wcale jej nie zapraszałem. Wprosiła się, jak co roku. Cwaniara. Desperatka. Wredota. Nie lubimy się od dawna i pewnie się już nie polubimy. Po prostu - nadajemy na innych falach, zdarza się. Pewnie mamy do siebie dużo żalu, pewnie za dużo... w każdym razie ja mam, od dawna. Bo jesień wiele krzywd mi wyrządziła, bo jesień była tłem złych dni i złych czasów, i to właśnie na nią staram się zwalić wszystko życiowe niepowodzenia, porażki. I żeby chociaż ta cała jesień ładna była, taka, jak w podręcznikach, książkach, albumach - złota, kolorowa i przede wszystkim piękna - to ja bym może nawet spróbował się z nią pogodzić, może nawet zaakceptować, wybaczyć, (bo z ewentualną sympatią, to bym nie przesadzał) a tu nic, ani złota, ani kolorów, a tym bardziej piękna. Bo kilka ładnych dni nie jest w stanie mi wynagrodzić reszty paskudnych - taki już jestem, byle czym się nie zadowalam.
Jaka jest ta jesień według mnie? Że brzydka to nie będę powtarzał, bo po co? Każdy to wie. Chyba jestem dziwakiem, bo ludzie lubią jesień, ba, uważają, ze to najpiękniejsza pora roku - akceptuje, ale się nie zgadzam. Jest przygnębiająca, jest smutna, depresyjna. Demeter żegna się z córką, a to wszystko odbija się na nas (tak, kurka wodna, nie powinno być). Zawsze powtarzam, że mieszanie życia prywatnego z zawodowym to brak profesjonalizmu - Demeter, ogarnij się. Przyroda płacze i jakby z ludzi też życie uchodziło. Smutne, zmęczone twarze, pozawijane (już od teraz) w miliony szalików i czapek - bo jak się nie zawijać, jak zimno? Kiedyś to przynajmniej październik był ciepły, a teraz to nie, musi ta złośliwa cholera postawić na swoim. Jesień kojarzy mi się z biegiem, ale nie tym fajnym, tylko takim bezsensownym, takim bez celu. Biegiem dla samego biegu. Z brakiem czasu, z brakiem energii i jakiejś takiej większej chęci do życia. Takiej bardziej wyrazistej. Takiej na 100%. Z brakiem sensu, mobilizacji, celu. Jesienią łóżko staje się wygodne, mieszkanie przytulne, a pościel jedynym celem. Codzienna walka. Cholera, jak ja nie lubię jesieni...
Kilka tygodni bez słońca, a organizm już tęskni, już się buntuje. Już nie chce wstawać rano, nie daje energii na cały dzień... I w ogóle mnie wkurza, bo nie chce współpracować, cwaniakuje, stawia na swoim. I jesień mnie wkurza, i te ciągłe zmiany pogody, te promienie słońca na minute, tylko po to, by zaraz wiał wiatr i padał deszcz. Zero kolorów, tylko syf, zimno i deszcz. Nie bawię się tak. Jestem obrażony na jesień, bo to właśnie przez nią nie mam weny; pustka w głowie - tylko tyle. Stąd taka cisza tutaj. Zastanawiam się tylko, czy w życiu nie ma i tak zbyt dużej ilości smutku, problemów, porażek, wstydu, głupich ludzi i innych takich, żeby jeszcze ta... jesień? Bo co niby wnosi w nasze życie? (Pozdrawiam)
TK.
10/09/2015
CHEMIA - recenzja filmu
"CHEMIA", to dość głośny i wyczekiwany film inspirowany prawdziwą historią Magdy Prokopowicz – założycielki Fundacji Rak'n'Roll. To opowieść o dwojgu ludzi, którzy spotkali się w najgorszym z możliwych momentów. To opowieść o dziwnej miłości, takiej na śmierć i życie, balansującej na krawędzi z szaleństwem. O poszukiwaniu siebie. O walce do końca. O desperacji, o sile, poświęceniu dla drugiej osoby. "O miłości silniejszej niż strach. O tym, że warto kochać tak, jakby jutra miało nie być." To film, z jednej strony, zbliżony tematycznie do wielu innych, z drugiej zupełnie inny... i nie wiem, czy to komplement, czy wręcz przeciwnie...
10/04/2015
wrześniowe muzyczne perełki.
Jak zwykle spóźniony ja. Już październik od czterech dni, a ja dalej o wrześniu. Tak to jest, jak człowiek odkłada wszystko na ostatnią chwilę. A tutaj pierwsze zajęcia, praktyki, pierwsze imprezy, a z tym wiąże się to, że mam dużo, dużo mniej czasu. Czas znowu się przeprogramować i nauczyć żyć po krakowsku. Kontynuując mój autorski cykl, tradycyjnie, chciałbym skupić się na muzyce miesiąca poprzedniego. Wrzesień był wypełniony różnorakimi dźwiękami do granic możliwości. Pewnie dlatego, że miałem bardzo dużo czasu na poszukiwania, być może za dużo. Szukałem, szukałem, wiele znalazłem, wiele odkryłem - było trochę komercyjnie i jak zwykle spokojnie... Oto moje wrześniowe inspiracje:
9/29/2015
może nad morze?
Jedni lubią słońce, inni deszcz, miasta, wsie, równiny, czy góry, a jeszcze inni morze -bardzo często spotykamy się absurdalnym starciem, porównywalnym z tym warszawsko-krakowskim (równie niewykonalnym): MORZE vs. GÓRY. Bo jak wybrać, co jest lepsze? Jak zestawić ze sobą dwa zupełnie inne światy? Jak porównać klimat, widok, powietrze? Dwie odmiany piękna. Uważam, że to po prostu niewykonalne. Ja zdecydowanie stwierdzam, że wolę morze (nie ubliżając górom) - bo tak po prostu. Może dlatego, że jestem z południa Polski i wyjazd na "północ" to prawdziwe święto? A może dlatego, że woda to mój żywioł? Jakby nie było, morze TO JEST TO.
Etykiety:
ciekawe miejsce,
ciekawe wydarzenie,
fotorelacja,
KINGowe rozkminy,
opinia,
zdjęcia,
życie
9/16/2015
PIEŚŃ SŁONIA - rezenzja filmu.
Doskonale nam znany młody reżyser, aktor i scenarzysta Xavier Dolan za wszelką cenę chciał zabić swoją matkę. Bez skutku próbował już w kilku swoich (dla mnie naprawdę świetnych, chociaż zdaję sobie sprawę, że to kino nie dla każdego) filmach... i nie wychodziło, mimo że naprawdę się starał. Potrzeba było produkcji w reżyserii kogoś zupełnie innego, by się udało. I tak właśnie jest w "Pieśni Słonia". Ale czy to pozycja, którą bez najmniejszych wyrzutów sumienia możemy postawić obok "Zabiłem swoją matkę", czy jednego z najbardziej klimatycznych filmów na świecie - "Mama"? Już na wstępie mówię: według mnie - kompletnie nie.
9/07/2015
telewizyjny gnój.
Jest wrzesień. Jeszcze niecały miesiąc do mojego wielkiego powrotu. No i ostatni miesiąc z telewizorem (Boże, jak to brzmi). Wrzesień oznacza początek nowych telewizyjnych ramówek. Ja, kiedyś prawdziwy, niekwestionowany król wszystkich (dosłownie wszystkich) programów rozrywkowych, siedzę przed telewizorem i tak jakoś się zastanawiam. Zastanawiam się, czy to we mnie zaszły aż takie zmiany... czy po prostu telewizja i jej propozycje są coraz to bardziej debilne i jakoś kompletnie nie zaspokajające potrzeb odbiorcy. A może właśnie TAKA telewizja je zaspokaja, a ja, jak to ja, jestem staroświecki i najnormalniej w świecie się nie znam?
Etykiety:
Felieton,
KINGowe rozkminy,
opinia,
POLSAT,
programy rozrywkowe,
Telewizja,
TVN,
TVP,
życie
9/03/2015
krakowskie tęsknotki.
Jest wrześniowy wieczór, prawie 22:00, a ja, jak to ja - mam potrzebę podzielenia się rozkminą. Tym razem taką pochwalną, taką przepełnioną tęsknotą... taką krakowską. [Polecam od razu kawałek, który znajduje się pod tekstem, bo tak jakoś pasuje... :) ]
Po dwumiesięcznym odwyku od miasta królów, zmuszony przez niecierpiące zwłoki sprawy, po "królewsku", w niewygodnym autobusie, którego nie polecam, po 3 godzinach i 20 minutach, powróciłem. Kiedy wysiadłem z ów przeciasnego autobusu relacji KROSNO - KRAKÓW, KRAKÓW - KROSNO (bez wymieniania nazwy firmy, chociaż to się samo ciśnie na usta...), lekko speszony zadałem sobie pytanie: TĘSKNIŁEŚ? Przez całe dwa dni się nad tym zastanawiałem, a odpowiedzią już się dzielę:
Nie przypuszczałem, że aż tak bardzo mi go brakuje, autentycznie. Że tak bardzo tęsknie za tym klimatem. Za tym brudem, syfem i smrodem. Nie przypuszczałem, że aż tak brakowało mi Krakowa. Wystarczyły dwa dni. Dwa głupie dni, podczas których miałem milion spraw, by przypomnieć sobie, jak bardzo brakuje mi tego "KRAKOWSKIEGO GNOJU" (wybaczcie za zwrot, ale niestety pasuje najbardziej). Tego mojego pędu, studiów, przyjaciół i znajomych. Zdałem sobie sprawę, że rok, który już za mną w zupełności wystarczył. Wystarczył by się dopasować, by pewnie i przesiąknąć. By, kurde, tęsknić za moim krakowskim życiem. Za nowym domem. Za tym co sobie zbudowałem i co dopiero zaczynałem budować. Ale kiedy po całym dniu, wyszedłem na balkon, rozejrzałem się po moim Ruczaju (dzielnica Krakowa) i zaciągając się na przemian z papierosem, jeszcze bardziej szkodliwym powietrzem (albo raczej czymś powietrzopodobnym) swierdziłem: To prawda, że wszędzie dobrze, że w domu najlepiej - ale od roku mam drugi dom i z całą miłością do mojego podkarpacia, do mojej cichej przystani, ja to bym się już na stałe nie wrócił.
I może to brzmi, jak jedna wielka przesada, czy jakaś tam odmiana snobizmu. Nie dbam o to. Kiedy końcem czerwca, po zdanej sesji, wracałem do domu najnormalniej w świecie - cieszyłem się. W sumie to nie ma co ukrywać, że odetchnąłem wtedy z ulgą, byłem szczerze zmęczony wszystkim - Krakowem też... a może nawet przede wszystkim. Każda miłość potrzebuje odpoczynku, nawet moja do tego miasta. Ale po całych dwóch miesiącach na ojcowiźnie i w kraju sąsiednim stwierdzam, że naprawdę mi go brakuje - ze wszystkim, co w nim dobre, co rewelacyjne i zachwycające, ale także z tym co złe, okropne, i zniechęcające. Taka miłość bezgraniczna, prawda? A może to już fanatyzm? Trudno - taki już jestem.
Szczerze: nie mogę się już doczekać, aż ja i miasto królów znów stworzymy duet doskonały. :)
TK.
Po dwumiesięcznym odwyku od miasta królów, zmuszony przez niecierpiące zwłoki sprawy, po "królewsku", w niewygodnym autobusie, którego nie polecam, po 3 godzinach i 20 minutach, powróciłem. Kiedy wysiadłem z ów przeciasnego autobusu relacji KROSNO - KRAKÓW, KRAKÓW - KROSNO (bez wymieniania nazwy firmy, chociaż to się samo ciśnie na usta...), lekko speszony zadałem sobie pytanie: TĘSKNIŁEŚ? Przez całe dwa dni się nad tym zastanawiałem, a odpowiedzią już się dzielę:
Nie przypuszczałem, że aż tak bardzo mi go brakuje, autentycznie. Że tak bardzo tęsknie za tym klimatem. Za tym brudem, syfem i smrodem. Nie przypuszczałem, że aż tak brakowało mi Krakowa. Wystarczyły dwa dni. Dwa głupie dni, podczas których miałem milion spraw, by przypomnieć sobie, jak bardzo brakuje mi tego "KRAKOWSKIEGO GNOJU" (wybaczcie za zwrot, ale niestety pasuje najbardziej). Tego mojego pędu, studiów, przyjaciół i znajomych. Zdałem sobie sprawę, że rok, który już za mną w zupełności wystarczył. Wystarczył by się dopasować, by pewnie i przesiąknąć. By, kurde, tęsknić za moim krakowskim życiem. Za nowym domem. Za tym co sobie zbudowałem i co dopiero zaczynałem budować. Ale kiedy po całym dniu, wyszedłem na balkon, rozejrzałem się po moim Ruczaju (dzielnica Krakowa) i zaciągając się na przemian z papierosem, jeszcze bardziej szkodliwym powietrzem (albo raczej czymś powietrzopodobnym) swierdziłem: To prawda, że wszędzie dobrze, że w domu najlepiej - ale od roku mam drugi dom i z całą miłością do mojego podkarpacia, do mojej cichej przystani, ja to bym się już na stałe nie wrócił.
I może to brzmi, jak jedna wielka przesada, czy jakaś tam odmiana snobizmu. Nie dbam o to. Kiedy końcem czerwca, po zdanej sesji, wracałem do domu najnormalniej w świecie - cieszyłem się. W sumie to nie ma co ukrywać, że odetchnąłem wtedy z ulgą, byłem szczerze zmęczony wszystkim - Krakowem też... a może nawet przede wszystkim. Każda miłość potrzebuje odpoczynku, nawet moja do tego miasta. Ale po całych dwóch miesiącach na ojcowiźnie i w kraju sąsiednim stwierdzam, że naprawdę mi go brakuje - ze wszystkim, co w nim dobre, co rewelacyjne i zachwycające, ale także z tym co złe, okropne, i zniechęcające. Taka miłość bezgraniczna, prawda? A może to już fanatyzm? Trudno - taki już jestem.
Szczerze: nie mogę się już doczekać, aż ja i miasto królów znów stworzymy duet doskonały. :)
[Łapcie jeszcze kawałek piękny, pasujący do moich wynurzeń!]
TK.
8/27/2015
muzyczne lipcowo - sierpniowe perłki.
Wakacje, wakacje i po wakacjach. Jeszcze niecałe 5 dni. Najpierw czekasz kilka miesięcy, przez te wszystkie deszczowe miesiące i zimne zimy, i wiosenne roztopy, żeby w końcu powygrzewać się z zimnym piwem nad brudną wodą, przez całe dwa miesiące. A co później? Dwa miesiące, jak jeden dzień. Życie... Tak, biedni gimnazjaliści/licealiści, taaak, biedni urlopowicze. To koniec. Nie chwaląc się, ja mam jeszcze miesiąc wakacji. Nie chwaląc się raz jeszcze, ja dopiero zaczynam urlopować. Jak śpiewano w jednym z kultowych polskich seriali - życie, życie jest nowelon.... Ale ja dzisiaj nie o tym. Tyle słabych złośliwości. Zgodnie z tradycją powstałą w czerwcu, chciałbym skupić się na muzyce. Wiadomo, że wakacje, to czas pełen różnorakich inspiracji, czas, kiedy muzyki (tej inspirującej, hoho) jest jeszcze więcej... więc co inspirowało King'a? Łapcie siedem ciekawych (tak myślę) propozycji!
8/22/2015
I'm back.
Zniknąłem na miesiąc. Dla niektórych bez słowa, dla innych z milionem słów i obaw. Zostawiłem życie. Bliskich, przyjaciół, znajomych i zwiałem na te 4 tygodnie. Wcisnąłem przycisk z napisem PAUSE i zatrzymałem czas, naiwnie wierząc, że gdy wrócę i wcisnę PLAY wszystko wróci, ot tak po prostu. Powiem tyle: nie wróciło. To był mój drugi wyjazd. Głupi ja, sądziłem, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, że już wszystko widziałem, że po poprzednim roku jestem przygotowany na wszystko, zachartowany... zdziwiłem się, klasycznie.
Pracowałem, przez równe, równiusieńkie cztery tygodnie w sąsiednim kraju, od rana do wieczora, niejednokrotnie ze łzami w oczach zastanawiając się: "po co to wszystko?!". Oderwany od rzeczywistości, od zwykłych problemów, porażek i sukcesów. Zajęty na pozór prostym życiem wypełnionym pracą i prostackim poczuciem humoru, ale też (mimo wszystko) wspaniałymi nowo poznanymi ludźmi. Odliczałem tygodnie, dni, godziny, sekundy, a teraz wracam i wcale nie ukrywam, że jest ciężko. Dziwne. Ciężko wrócić do normalności, ciężko kontynuować to, co już zaczęte, a jeszcze ciężej zaczynać. Ciężko zabrać się do tego, o czym marzyło się przez ostatnie tygodnie, do tych wszystkich planów i założeń, które zajmowały głowę przez setki godzin spędzonych w pracy. Miliony wersji planów dnia, jeszcze więcej, niemalże napisanych w głowie, długich notek... a teraz zwykła niemoc. Życie i ta szara rzeczywistość już na 'dzień dobry' dały mi w pysk... bo tak chyba trzeba. Tak trzeba, żeby się ocknąć z tego złego snu.Tak, to był zły sen.
Siedzę przed laptopem i mimo że wiem o czym chcę napisać, ogarnia mnie niemoc. I tak już kilka godzin. Chyba za bardzo marzyłem o klawiszach laptopa. Chyba ogólnie za bardzo marzyłem. Idę na żywioł. Rok temu przyjechałem zmęczony głównie fizycznie. W tym roku ten typ zmęczenia wymięka przy tym psychicznym. Nigdy nie sądziłem, że ludzie mogą mnie aż tak wykończyć, że tzw, wampiry energetyczne mają aż taką moc, że ta monotonia, ten marazm mogą sprawić, że poczuję się aż tak źle, tak pusto. Ciężko codziennie żyć całkowicie nie w swojej bajce, ciężko żyć ze świadomością, że tak bardzo nie pasujesz do otoczenia. I jakby to snobistycznie i egoistycznie nie zabrzmiało (bo zdaję sobie sprawę, że brzmi), ja żyłem zdecydowanie nie w swojej. Codziennie zaciskając pięści, zagryzając wargi i niemalże odgryzając swój niewyparzony język, by nikogo nie obrazić/nikomu się nie narazić. Każdy poranek zaczynał się z myślą: 'KOLEJNY DZIEŃ W TYM GNOJU.' Brakowało mi książek, filmów (ho ho, jaki intelektualista się znalazł), ładnych miejsc, bliskich. Brakowało mi mojej gonitwy i tego pseudo artystycznego życia. Z drugiej strony, przerywając mój lament duszy - coś za coś, pieniądze nie śmierdzą, wręcz przeciwnie, euro pachnie jeszcze ładniej.
Ale to nie jest tak, że tylko złe wspomnienia zostaną, niech mój lament duszy nie sprawi, że tak pomyślicie. W tłumie... nieodpowiednich i dość toksycznych osób (nazwijmy ich w ten delikatny sposób) poznałem kilka naprawdę fantastycznych, z którymi lubiłem spędzać wolny czas, rozmawiać i ubolewać nad życiem. Poza tym, ten wyjazd pozwolił mi nabrać dystansu do wszystkiego, pozwolił na przemyślenia, na uporządkowanie tego chaosu w mojej głowie, na wnioski, na postanowienia... na oczyszczenie. To bardzo potrzebne, ja tego potrzebowałem. Problemem i głównym mankamentem tego wyjazdu jest to, że na te wszystkie oczyszczenia wystarczyłyby dwa tygodnie a dwa więcej sprawiły, że stałem się umęczony, i tak jak wspomniałem kilkanaście wersów wcześniej - pusty. Ostatnie dwa tygodnie to była swego rodzaju walka ze samym sobą, ze swoją psychiką i zniechęceniem do całego świata.
GŁÓWNE WNIOSKI?
- Uwierzcie mi na słowo, nasi rodacy, a szczególnie wybitne jednostki przepełnione chamstwem i prostactwem, pracują bardzo ciężko na to, by cały świat postrzegał nas tak, jak postrzega. To wystarczy Te kilka osób. Byłem świadkiem kilkunastu sytuacji, których świadkiem nie chciałem być. Byłem świadkiem sytuacji, podczas których było mi wstyd, pierwszy raz w życiu aż tak bardzo. I było mi żal naszej Polski. I Polaków, którzy uczciwie pracują, by żyć lepiej. Żal tak szczerze, że są tacy ludzie, którzy pracują na negatywną opinie całego narodu. Bo kogo na świecie obchodzi, że to, dajmy na to, 20 osób. POLAK TO POLAK.
- Nie warto zamartwiać się pierdołami (ho ho, Tomaszu, ty myślicielu!). Jakby tandetnie to nie zabrzmiało, jakby to oklepane nie było - nie warto. Po co? Zdałem sobie sprawę z tego, że jestem idiotą, bo zamartwiam się wszystkim - dniem wczorajszym, jutrzejszym, kasą, uczelnią, problemami swoimi, problemami znajomych, przyjaciół, bliskich... Tak się nie da. Tak nie można. Musiałem tam pojechać, żeby na to wpaść.
- NIC NIE MUSZĘ - ja mogę.
- Marnowanie czasu to choroba cywilizacyjna. Ale jest uleczalna i ja zaczynam się właśnie leczyć, od teraz. Choćby nie wiem co, uda mi się. Jestem gotów do działania.Wreszcie mogę odetchnąć i kontynuować... życie. I'm back to business!
TK.
7/17/2015
10 filmów ('nieklasyków'), które warto obejrzeć - część II i ostatnia.
Zgodnie z zapowiedzią, prezentuję drugą i ostatnią już część moich wakacyjnych propozycji filmowych. Podobnie jak poprzednio są to produkcje dobre, bardzo dobre i być może nie każdemu znane - co nie zmienia faktu, że są one zdecydowanie warte uwagi i poznać je trzeba. Bo nie sztuką jest polecać klasyki. Klasyki poleca każdy, ja też. Bo klasyki trzeba polecać, ale ile można je oglądać? Prezentowane przeze mnie produkcje, to filmy do śmiechu, płaczu, przytulania i zamulania. Filmy dobre na randkę i na samotny wieczór. Czego chcieć więcej? Niczego. Wystarczy odpalić i oglądać. Bo warto.
Etykiety:
film,
inspiracja,
KINGowe rozkminy,
opinia,
recenzja
7/16/2015
10 filmów ('nieklasyków'), które warto obejrzeć - część I.
16 lipca. Dwa tygodnie wakacji za nami. Czas leci. Szybko. Zdecydowanie za szybko.
To czas, kiedy większość z nas, niezależnie od tego czy pracuje, czy też nie, stara się nadrobić zaległości - jedni w książkach, inni w filmach, a jeszcze inni w serialach. Oczywiście są i tacy, który nadrabiają wszystko na raz i nie wiedzą za co się złapać, inni co oglądają fantastycznie odmóżdżające Warsaw Shore (pozdrawiam!), a i tacy, którzy ogólnie nie robią nic i jest im z tym po prostu cudnie.
Wakacje to czas kiedy oglądamy dużo filmów. Szukamy czegoś fajnego, dobrego, przyjemnego, ambitnego, takiego do przytulania z nowym chłopakiem/nową dziewczyną, czy pozamulania z kumplem- ot tak po prostu, na wieczór. Wpisujemy w wujka google: "Dobry film", "Najlepsze filmy", czy też: "Co obejrzeć wieczorem?", "Najsmutniejsze filmy" - a tam co? Same klasyki. Klasyki, które już dawno przetrawiliśmy, przy których wylaliśmy hektolitry łez, którymi już milion razy się zachwycaliśmy, i zachwycali się nimi już wszyscy (przynajmniej taką optymistyczną wersję zakładam). Klasyki są dobre - bo weźmy taki "PAMIĘTNIK" - super sprawa na wieczór z dziewczyną, ale co jeśli tych wieczorów jest więcej? "HER" - idealny film na smutne, refleksyjne wieczory (ja praktykuję),a le co zrobić, kiedy jest ich więcej?
I teraz na ratunek przychodzę skromny JA. Przygotowałem 10 filmów, które według mnie oklepanymi klasykami nie są (jeżeli jakiś jest, to przepraszam; do klasyków oczywiście nic nie mam, żeby nie było...) i warto poświecić im uwagę. Co więcej, warto je znać. Dlaczego to akurat ta 10' tka? Wziąłem pod uwagę swoją filmweb'ową ocenę + skojarzenie z daną pozycją + informację o tym, ilu moich znajomych daną pozycję zna - im mniej tym lepiej. I oto jest, 10 filmów ('nieklasyków'), które naprawdę warto obejrzeć. 10 zupełnie innych pozycji - od komedii, przez lekką tkliwość, po dramat, z morałem. Coś na wieczór z kumplami, na randkę i zwykłe zamulanie.
7/04/2015
night air.
Cisza. Spokój. Tylko ja, moje myśli, melancholijna muzyka i żar papierosów. Za oknem ciemna noc, szczekanie psów, pojedyncze samochody, lekki wiatr. Już prawie zapomniałem, jak bardzo lubię noc. Już prawie zapomniałem, jak to jest, ot tak po prostu delektować się magią i wyjątkowością nocy. Jak to jest siedzieć i po prostu milczeć wśród mroku. Zapomniałem prawie, jak bardzo tego potrzebuję... jak bardzo mi tego brakowało. Tak bardzo potrzebowałem podkarpackiego, lubatowskiego spokoju.
6/29/2015
muzyczne czerwcowe perełki.
Zaczęły się długo wyczekiwane wakacje. Jest czas na bycie sową i delektowanie się nocą, aż do rana, jest czas na spanie do południa i śniadanie godzinę przed obiadem. Jest czas na bycie ze samym sobą i ot tak po prostu, delektowanie się swoim towarzystwem - nawet nie przypuszczałem, że tak bardzo tego potrzebuję. Jest czas na spotkania z ludźmi, na które nie ma normalnie czasu, ani nawet możliwości. Jest czas na nadrabianie zaległości - masa filmów, które chciałem zobaczyć, ale zawsze było coś ważniejszego, moje seriale (House of Cards, Gra o tron). Książki, a jest ich tyle, że nie wiem za co się złapać. A co najważniejsze? Jest czas na muzykę. Tak bardzo tęskniłem za bezsensownym błądzeniem w internecie i poszukiwaniu muzycznych perełek. Dopiero zacząłem, a już kilka wpadło mi w ręce. Czerwiec ogólnie jest taki muzyczny... a ja właśnie o tym dzisiaj.
Etykiety:
inspiracja,
muzyka,
opinia,
piosenka,
recenzja
6/25/2015
wakacje - czyli KINGowy wywód o sesji, o wyprowadzce i ludziach.

Czas leci tak szybko, że ludzki rozum pojąć tego nie może. Przynajmniej mój nie. Dopiero przeprowadzałem się do Krakowa, podekscytowany i jeszcze bardziej przestraszony, przejęty nowym życiem, a już za mną dwie sesje i pierwszy rok studiów. Dziwne. I chyba trochę niepokojące, bo jak całe studia tak szybko przelecą, to co będzie? Przecież to dosłownie jedno pstryknięcie i... i tyle. A to taki dobry czas. Boże, tak bardzo dobry...
6/13/2015
opowiedz na swoją historię muzyką - czyli REGUŁY GRY w UJOT FM.
6/03/2015
Festiwal Kultury i Mediów POLIKULTURA - kompletnie nieobiektywna relacja okiem jednego z organizatorów.
Polikultura, Polikultura i po Polikulturze. Dziwnie jest. Już trzeci dzień PO. Skończyło się coś, co trwało od listopada. Coś, co wypełniało życie wielu z Nas - Studentów, z dnia na dzień coraz bardziej. Takie nasze dzieciątko, które rosło z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Nasz cel. I chyba nasz pierwszy (przynajmniej UJ - otowy) zawodowy sukces.
Etykiety:
festiwal,
fotorelacja,
KINGowe rozkminy,
relacja
5/29/2015
POLIKULTURA - pierwsze zawodowe dziecko.
Niejednokrotnie wspominałem już o festiwalu, który wraz z całym I rokiem zarządzania kulturą i mediami (btw mój kierunek studiów) przygotowujemy od kilku dobrych miesięcy. Ponad 150 osób pracuje na coś, co właśnie się dzieje. Ale o co tutaj w ogóle chodzi?
Etykiety:
ciekawe wydarzenie,
festiwal,
KINGowe rozkminy,
Kraków
5/27/2015
dzieje się!
Cześć i czołem. Tak wiem - wstyd i hańba, przyznam. Trzy tygodnie nie pisać, to trzeba być mną. Blogerka wielka, za złotówkę. Ale co mam zrobić, że z biegu wpadłem w jeszcze większy bieg? Co mam zrobić, że ta pani lekkich obyczajów, co Sesja się nazywa, puka do mych drzwi? No ja ją mam gdzieś, ale ona puka i puka... ale ja się nie daję.
W ostatnich tygodniach trochę się działo. Koniec semestru = pierwsze zaliczenia, prezentacje, które zabierają masę czasu i energii + wielkie, coraz większe przygotowania do naszego studenckiego festiwalu POLIKULTURA, którego oficjalne, wielkie rozpoczęcie już w ten piątek (a jutro zapraszamy na Kulturę Euromajdanu na Zabłociu).
TATUAŻ
W międzyczasie zdążyłem zrealizować swój kolejny cel, którym od dawna był tatuaż. Stwierdziłem, że dwudzieste urodziny, to idealny pretekst do tego, by po prostu odkładać 'zaskórniaki' i go zrobić, ot tak po prostu - w końcu nastolatkiem przestaje się być tylko raz!
Już dawno podjąłem decyzję, że będzie to właśnie pióro. Jestem wielkim antyfanem przypadkowych tatuażów, takich 'bo modne', 'bo ładne', 'bo fajnie to wygląda' -wiadomo, wygląd jest ważny, ale nie najważniejszy. Uważam, że coś, co zostaje nam na całe życie musi być przemyślane i mieć sens, nie taki na pokaz, a dla nas samych. Musimy być przekonani w 100% , że tego chcemy, że nie będziemy się go wstydzić (chociaż tutaj nigdy pewności nie ma).
Problemem zdecydowanie był wybór tatuażysty, bo jak wiadomo, rynek jest przepełniony i nie wiadomo komu zaufać. Z wielkimi obawami, po licznych reaserch'ach wybrałem TATTOO FAMILIA. Dzisiaj wiem, że to był bardzo dobry wybór. Świetni ludzie, pełen profesjonalizm i co dla mnie najważniejsze - świetny tatuażysta, który słuch, dorada i dba o czystość, higienę.
Na zdjęciu niewygojony, jeszcze ciepły, bardzo czarny, teraz obolała ręka i schodzący tusz. Zachciało się... ale zadowolony jestem, to przyznam. :)
FILM - statystowanie
Mam też okazję statystować w międzynarodowej produkcji o słynnym człowieku. Nic więcej powiedzieć nie mogę (tajemnica!), ale nie ukrywam, że to fantastyczna przygoda. Bardzo cieszę się, że po moich 'innych' przygodach ze statystowaniem (spróbujmy zapomnieć, ja próbuję!) trafiło się coś lepszego, dużo, dużo bardziej profesjonalnego. Wiadomo, to nic wielkiego, ot taki, zwykły statysta, jeden z wielu - ale tego, że żądny przygód jestem, nigdy nie ukrywałem, a to przygoda niewątpliwie była! Cudownie jest uczestniczyć w czymś takim, zobaczyć jak to wygląda, jak to się robi - z każdej strony osoba mówiąca innym językiem, odpowiedzialna za coś innego, słynne postaci polskiego kina (zagranicznego może i też, ale jakoś ich nie znałem). Poza tym kostiumy z zupełnie innej epoki, kilkudziesięciu statystów - no coś wspaniałego! EUROWIZJA - moje top 3 !
Każdy, kto zna mnie chociaż trochę wie, że jestem wielkim fanem najbardziej obciachowego konkursu w Europie, jakim jest właśnie Eurowizja. Nie myślcie sobie, że w tym roku o nim zapomniałem. Jak zapewne każdy wie, poziom to nie jest najwyższy, ale jest przyjemnie i fajnie... i często wieśniacko. Polska, jak to Polska, ja się nie wypowiadam, nie chcę nikogo ani urazić, ani się nikomu narazić, ale zdecydowanie nie pochwalam takich wyborów. Natomiast muszę przyznać, że było kilka naprawdę dobrych kawałków - dobrych jak na eurowizyjne standardy.
Jak dla mnie wygrać powinni Włosi, którzy w rzeczywistości zajęli 3 miejsce, ale - dla mnie to zdecydowanie zwycięzcy. Pokazali, że można śpiewać w ojczystym języku i pokazać klasę. Podobało mi się bardzo. Świetne głosy, piękne wizualizacje i dobry kawałek.
Z tym miejscem się zgadzam - Rosja i w moim rankingu, i w tym oficjalnym na 2. miejscu. Bardzo eurowizyjny kawałek, ale wpada w ucho. Dobry głos, wszystko ze smakiem, jest dobrze!
Szwecja. Tegoroczny zwycięzca. Jest dobrze, ale zwrotki bardzo, ale to bardzo przypomina utwór Davida Guetty "Dangerous", a refren Johna Newmanna "Love me again". Stąd też ja dałbym go na 3, bo piosenka wpada w ucho, ale tak jakoś mało oryginalnie.
5/13/2015
co u mnie? brak weny.
Dziwne jest to, że kiedy pracowałem, biegałem jak głupi, łączyłem wszystko ze sobą jak tylko mogłem, ciągle zastanawiałem się "co jeszcze?", praca - uczelnia - dom - znajomi, nauka w tramwaju. Miałem więcej czasu. Zdecydowanie więcej. Więcej czasu, więcej energii i zapału do wszystkiego. Pewnie dlatego, iż wiedziałem, że po prostu muszę. A teraz nic nie muszę i jest jak jest...
Siedzę w domu, mam dość dużo pracy (tutaj nie ma co czarować), bo zaczynają się prezentacje, zaliczenia + festiwal za pasem, ale to nie jest problem, problem to zdecydowanie zła organizacja. Nie oszukujmy się - bez pracy mam dwa razy więcej czasu, a tak jakby się go mniej zrobiło... Zdecydowanie później kładę się spać, później wstaje (wreszcie się wysypiam), mam czas na seriale i książki. Ale niestety nie mam weny. Odeszła. Pewnie taki czas... pewnie wróci. Oby.
Poza tym nadchodzi moment grozy dla każdego studenta - sesja letnia. Jak zimową dało się przełknąć, to ta letnia, ta przed upragnionymi wakacjami będzie zdecydowanie dużo, dużo bardziej wymagająca. Ba, będzie hardcorowa. Mam kilka porządnych egzaminów, wymagających sumiennego przygotowania się, a ja zero chęci mam. Masa, masa i jeszcze raz masa materiału. No nie dam rady tak sobie po prostu, na spokojnie (po obiedzie) usiąść i poczytać, coś powtórzyć. Ej, w sumie to już jedną sesję zdawałem w tym roku - a jakby się tak obrazić i nie pójść? Tak, obrażam się i nie idę. Genialny pomysł. Brawo Tomku!
Łapcie dobry kawałek!
Trzymajcie kciuki, żeby WENA powróciła, a mój serdeczny przyjaciel LEŃ odszedł na długi, długi czas.
5/07/2015
powroty do życia i odwieczne idiotyczne starcie pt. 'Cracovie vs. Varsovie'.
[zdj. pt.: Tomasz, słońce i krzywy Pałac Kultury]
Za każdym razem, kiedy wracam do mojej bezpiecznej przystani (czyt.
mojego domu rodzinnego) borykam się z dwoma, tak naprawdę całkowicie
wykluczającymi się wzajemnie problemami - z jednej strony ciężko, po kilku dniach sielanki jest wrócić. Wrócić do życia, do otaczającej mnie rzeczywistości, do mojej nowej, krakowskiej rzeczywistości. Natomiast z drugiej strony, 'sielankując',
każdego dnia coraz mocniej tęsknie za moim pięknym, śmierdzącym,
zanieczyszczonym Krakowem, którego nie zamieniłbym na nic innego. Czy
to początek choroby psychicznej? Rozdwojenie jaźni? Sam nie wiem...
5/05/2015
matura to bzdura?
Dokładnie rok temu - 05.05.2014r. zaczął się tygodniowy horror, którego nigdy nie zapomnę. Boże, jak ten czas szybko leci. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Zaczęło się (niby) niewinnie, językiem polskim. Lekki stres, gadanie, że jak będzie POTOP, albo WESELE, to ja wezmę to drugie (autentycznie frajersko w to wierzyłem... to sobie kurde nabrałem ten drugi temat). Później matma - stresowałem się jak głupi, papierosa to dosłownie połknąłem, dowód osobisty prawie złamałem, jak zobaczyłem zadania prawie wyszedłem - ogólnie to prawie...
Dużo, dużo stresu, jeszcze więcej presji, którą tak naprawdę narzuciłem na siebie sam. Matura jest bardzo ważna, to właśnie od niej zależy to, co będzie dalej...Ja jakoś nie wspominam pozytywnie tego czasu.
Studenci bardzo często mówią: "eeee, co tam matura! Sesja to jest hardcorowa!". Niestety nie do końca mogę się z tym zgodzić. Co więcej, pozwolę sobie to skwitować powiedzeniem: ZAPOMNIAŁ WÓŁ JAK CIELĘCIEM BYŁ - niestety. Żeby nie było, sesja jest bardzo ciężka (świeć Panie nad tą czerwcową), tutaj nie ma co dyskutować. Bardzo, bardzo dużo materiału, często złośliwi wykładowcy, trud połączenia imprezowego życia z nauką ( :] ), ogólnie trudne rzeczy (a na inżyniersko - ścisłych kierunkach przede wszystkim). Gadanie, że matura to bzdura, że to nic, jest co najmniej idiotyczne. Za każdym razem zastanawiam się, co to w ogóle ma na celu...
Kochani Studenci, nie oszukujmy się - presja nad nami nie jest aż tak ogromna. Mamy zerówkę, mamy pierwszy termin, mamy co najmniej jedną poprawkę, w ostateczności mamy nawet warunki. Maturzysta ma poprawkę w sierpniu, która i tak wyklucza go z pierwszej rekrutacji = nie idzie na wymarzone studia = wszystkie marzenia gdzieś się ulatniają. Maturzysta budzi się w maju i zdaje sobie sprawę, że to JUŻ. Że te trzy/cztery lata zleciały dużo, dużo szybciej, aniżeli się to zapowiadało. Że to koniec beztroski i wolności. Dla jednych to egzamin prowadzący do wymarzonych studiów, które mimo wszystko młodość przedłużają a dla drugich to tzw. egzamin dojrzałości oficjalnie rozpoczynający dorosłe życie pełne obowiązków. Matura to wcale nie jest bzdura - tak sądzę i zdania nie zmienię.
Maturzyści, już po matmie (czyli dla 60% już po najgorszym). Dajcie czadu, czegokolwiek byście nie planowali. Pozostałe egzaminy rozwalcie spokojnie, bez presji, będzie dobrze! :)
PS. Matmą się nie przejmujcie - jak ja zdałem, to znaczy, że zdać można.
Dużo, dużo stresu, jeszcze więcej presji, którą tak naprawdę narzuciłem na siebie sam. Matura jest bardzo ważna, to właśnie od niej zależy to, co będzie dalej...Ja jakoś nie wspominam pozytywnie tego czasu.
Studenci bardzo często mówią: "eeee, co tam matura! Sesja to jest hardcorowa!". Niestety nie do końca mogę się z tym zgodzić. Co więcej, pozwolę sobie to skwitować powiedzeniem: ZAPOMNIAŁ WÓŁ JAK CIELĘCIEM BYŁ - niestety. Żeby nie było, sesja jest bardzo ciężka (świeć Panie nad tą czerwcową), tutaj nie ma co dyskutować. Bardzo, bardzo dużo materiału, często złośliwi wykładowcy, trud połączenia imprezowego życia z nauką ( :] ), ogólnie trudne rzeczy (a na inżyniersko - ścisłych kierunkach przede wszystkim). Gadanie, że matura to bzdura, że to nic, jest co najmniej idiotyczne. Za każdym razem zastanawiam się, co to w ogóle ma na celu...
Kochani Studenci, nie oszukujmy się - presja nad nami nie jest aż tak ogromna. Mamy zerówkę, mamy pierwszy termin, mamy co najmniej jedną poprawkę, w ostateczności mamy nawet warunki. Maturzysta ma poprawkę w sierpniu, która i tak wyklucza go z pierwszej rekrutacji = nie idzie na wymarzone studia = wszystkie marzenia gdzieś się ulatniają. Maturzysta budzi się w maju i zdaje sobie sprawę, że to JUŻ. Że te trzy/cztery lata zleciały dużo, dużo szybciej, aniżeli się to zapowiadało. Że to koniec beztroski i wolności. Dla jednych to egzamin prowadzący do wymarzonych studiów, które mimo wszystko młodość przedłużają a dla drugich to tzw. egzamin dojrzałości oficjalnie rozpoczynający dorosłe życie pełne obowiązków. Matura to wcale nie jest bzdura - tak sądzę i zdania nie zmienię.
Maturzyści, już po matmie (czyli dla 60% już po najgorszym). Dajcie czadu, czegokolwiek byście nie planowali. Pozostałe egzaminy rozwalcie spokojnie, bez presji, będzie dobrze! :)
PS. Matmą się nie przejmujcie - jak ja zdałem, to znaczy, że zdać można.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























