11/17/2015

(brak)kultury narzekania.

 
Miała być notka o muzycznych przedadelowych premierach, ale jak ja mam coś o nich napisać, kiedy moje ucho nie przyjmuje żadnych dźwięków? Moje ucho czeka już na Adele i nie może się doczekać, by z nią pozamulać - mam wielką nadzieję, że to będzie właśnie taka płyta. Jeszcze 3 dni i się przekonamy... ale nie o tym teraz. Teraz pielęgnuję w sobie polską cechę i... narzekam, bo mogę. Narzekacie ze mną?

Nienawidzę dni, jak ten, tak z całego serca. Kiedy siedzę przed laptopem i mam pisać. Kiedy chcę pisać, wiem o czym, a mimo to nie mogę. Artystyczno-twórcza niemoc pseudo artysty (najgorzej!). Kiedy nawet mój wielki rytuał z oficjalnym zasiadaniem, z kawą, herbatą i górą słodyczy nic nie daje. Nawet kisiel. I milka. I spaghetti. I kubek gorącej herbaty, pod kocykiem - stylizowany na Kasię Tusk, rzecz jasna. Dni, kiedy jestem obrażony na świat, na ludzi, na powietrze (a raczej na to coś, co powietrze w Krakowie ma przypominać), na siebie. Kiedy wkurzają mnie ambitne filmy i debilne programy (ale żeby mnie nawet Warsaw Shore irytowało?). Kiedy nie mogę zdzierżyć ambitnej muzyki, a ta wieśniacka wkurza mnie dwa razy bardziej. Dni, kiedy nie mogę znieść towarzystwa kogokolwiek - a co najgorsze - (powtarzając) kiedy nie mogę znieść siebie, bo sam doprowadzam się do szału. Obrażona księżniczka ogarnięta ogólną niemocą życiową, tak to ja. Czy można to nazwać samowystarczalnością? Myślę, że zdecydowanie tak. Zero efektywności. Zero zapału do czegokolwiek. Dni lecą mi właściwie na niczym. Nie lubię tak, bardzo.

A to wszystko przez ten cały listopad. Piękna, polska złota jesień - tylko ja się pytam: gdzie to piękno? Gdzie to złoto? Mokro, zimo, mgliście. Pogoda marzenie, nie? A ja, jak to ja, pochwaliłem, pełen nadziei, powiedziałem, że nie ma co narzekać, że jest nieźle, naiwnie wierząc, że tak już zostanie. Frajer. Naiwniak, żeby nie nazywać się już po imieniu... Bo ten cały listopad, to się ostatnio taki wredny zrobił - cwaniak jeden. Jak byłem młodszy, to się nawet jakoś jeszcze dogadywaliśmy, a teraz? Minął (dopiero) miesiąc od notki, w której już publicznie narzekałem - ale tak sobie dzisiaj myślę, że co ja wtedy mogłem wiedzieć? Co to za jesień wtedy niby była? Tak, wiem - powtarzam się, ale nie byłbym przecież sobą...  Przez te kilka miesięcy zdążyliśmy się już całkiem nieźle poznać. I teraz narzekajmy głośno, dzisiaj można, dzisiaj trzeba - na wszystko, na wszystkich. Bo jak jutro  mi się tak przytrafi, że wstanę (dla odmiany) prawą nogą, to się może skończyć zezwolenie.

Koniec wynurzeń. Bez odbioru.

Obrażony
TK.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz