11/15/2015

MŁODOŚĆ - recenzja filmu.



"Młodość", to film, na który czekałem od dawna. A że jestem niezmiennie zachwycony i oczarowany "Wielkim Pięknem" tegoż samego reżysera, czekałem jeszcze bardziej niecierpliwie, z zapartym tchem, aż do premiery. Mimo, że w kinach już był zabierałem się do niego przez kilka dobrych tygodni. Pewnie głównie z sentymentu do reżysera, bo "Wielkie Piękno", jak sama nazwa wskazuje, jest piękne, żeby nie powiedzieć, iż doskonałe, wybitne, i ze strachu, że istnieje ewentualność, iż mogę się zawieść.  Kilka dni temu stało się - poszedłem, zobaczyłem i dodałem do teczusi z filmami zostającymi w człowieku na długi, długi czas. Bo właśnie takich filmów mam potrzebę. Bo takich filmów mam deficyt. Nie zawiódł mnie, a oczarował, nawet bardzo...



 Ekskluzywny szwajcarski kurort. Piękne widoki, przewysoki standard i widoczne, ogromne pieniądze. A w nim głównie emeryci, znane osobistości - para przyjaciół - legenda muzyki klasycznej Fred Ballinger (w tej roli fenomenalny Michael Caine) i wielki, ceniony reżyser Mick Boyle piszący scenariusz-testament (Harvey Keitel). Jest też otyły emerytowany sportowiec, zmęczony ignorancją aktor jednej roli, dziwny alpinista. Jest cudownie skontrastowana młodość i starość. Zmęczenie i chęć do życia. Dobro i zło. Ignorancja i zainteresowanie. Cały film opiera się przede wszystkim na przyjaźni wyżej wymienionych artystów. Na ich błyskotliwych i pełnych ironii rozmowach, na ich rozważaniach i wnioskach. Fred to zgorzkniały kompozytor obrażony na muzykę, powtarzający w każdej możliwej chwili, że jest już na emeryturze - jednocześnie wykorzystujący każdą minutę na rozmyślania nad nią. Podczas pobytu towarzyszy mu (oprócz Micka) córka i jednocześnie asystentka, z którą, po tylu zmarnowanych latach, zaczyna się docierać. Jego przyjaciel, to człowiek pracujący z grupą młodych ludzi nad ostatnimi zdaniami scenariusza. To "człowiek żyjący, dopóki żyje w nim sztuka" - jak się okazuje pod koniec, dosłownie...

Wracając do tych rozmów - ten film to jedna wielka rozmowa... o życiu, przemijaniu i przeszłości. To taka swego rodzaju licytacja - kto pamięta więcej szczegółów z tak odległych czasów. Rozmowy są wszędzie - nad basenem, u masażystów, przy obiedzie, na spacerach - a z każdej z nich wyłania się inna wizja starości.  Inna, a jednak taka sama. Rozmarzeni, wspominają wszystko, co tak odległe - piękną dziewczynę, w której się podkochiwali, błędy, porażki i sukcesy. Informują się ile kropel dzisiaj wysikali. Dialogi w tym filmie to istny majstersztyk, żeby nie powiedzieć, że najlepszy element. Wspaniała wspaniałość. Doskonale napisane. Jestem zachwycony, co najmniej. Dużo, dużo humoru, ironii, prześmiewczości. Pewnie, ba, na pewno i śmiechu przez łzy. Dużo smutku i sentymentu. Jeszcze więcej życiowych mądrości, i wniosków wartych zapamiętania, np.: "U progu życia wszystko jest na wyciągnięcie ręki, pod koniec zniekształcona perspektywa oddala ludzi i rozmywa pojęcia." - wspaniałe, prawda?

Niesamowite kreacje aktorskie. Nie mam żadnych, ale to żadnych zastrzeżeń - co więcej, same pochwały, same zachwyty. Cudowne spojrzenie na starość. Bijąca ironia i prześmiewczość. Taki dystans. Ale to wszystko ze smakiem. Z umiarem. Nawet przerysowane sceny rodem z teledysku (a w nich Paloma Faith wcielająca się w siebie samą) są po coś, i na pewno nie irytują. Doskonała Jane Fonda w roli rozkapryszonej, starej, wielkiej aktorki goniącej już tylko za pieniędzmi. "Młodość", to nie tylko rozliczenie z życiem i przemijaniem, to też głośny śmiech z całego przemysłu filmowego, z gonitwy za pieniądzem, z głupoty.
 



Dla mnie jest to film doskonały, tutaj nie można już nic dodać. Ale przy tej doskonałości i pozornym szczęściu, jest on zdecydowanie smutny. Wyszedłem z kina nieco niespokojny i mimo wszystko zdołowany. Bo tutaj jest wszystko pięknie - piękne zdjęcia, widoki, kolory, muzyka, wspaniałe dialogi, humor, ironia, wyśmiewanie się zarówno z siebie samych, jak i innych, a jednocześnie wielki, wielki smutek. Taki ciągły śmiech i ironia, ale zdecydowanie przez łzy, przez zaciśnięte zęby. Poczucie... chyba porażki. Poczucie, że to koniec. Koniec wszystkiego. Tego, że życie leci tak szybko,, że leci za szybko, że dzisiaj jesteśmy młodzi, a jutro nie możemy się wysikać. Przemijanie. Dla mnie "Młodość" jest właśnie o przemijaniu i akceptacji końca życia. O godzeniu się na to. To produkcja o podsumowaniach, rozliczeniach, o bilansie zysków i strat, sukcesów i porażek. O przyjaźni na całe życie. I co najważniejsze? To film o tym, że w życiu przychodzi czas na przebaczanie - nie tylko innym, ale i (przede wszystkim) samym sobie...



TK. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz