Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

10/02/2016

październik.


02 październik 2016 roku. Jesień. Koniec studenckich wakacji. Powrót do Krakowa. Zastanawiam się, czy z tej okazji więcej we mnie radości i ekscytacji, czy jakiegoś, trudnego do sprecyzowania niepokoju i strachu. Niepokoju związanego z nowymi wyzwaniami, które znów przyniesie to miasto. Z ponownym pędem, trudnościami, rozłąką i narastającą tęsknotą. Ciężko się przestawić. Ciężko z dnia na dzień całkowicie zmienić tryb życia. Znów być zależnym tylko od siebie. Znów walczyć o swoje miejsce i szukać... szukać czegoś, co właściwie trudno nazwać. Siebie? Nieustająco. Trudno znów być tak... daleko.


8/07/2016

powroty - część II.


Druga i ostatnia, obiecana część notki sprzed kilku dni. To dość ważny (dla mnie) tekst. Ważny, bo o lekcji, jaką udało mi się wyciągnąć z ostatnich miesięcy. Ważny, bo podsumowuje wiele spraw, które WRESZCIE zrozumiałem (a przynajmniej mam taką nadzieję). Teraz wiem nad czym pracować, co zmieniać i o co się starać, a dla osoby, która szuka tak bardzo, jak ja, to zdecydowanie ważne...

 

8/04/2016

powroty - część I.


 Minęło bardzo, bardzo dużo czasu. Nieśmiało wracam. Nieśmiało, bo trochę się boję, że nie mam do kogo i do czego... Niemniej jednak spróbuję. Nie było mnie tutaj 3 miesiące. Trzy długie miesiące, podczas których w moim życiu wydarzyło się tyle rzeczy, że aż nie wiem od czego zacząć i właściwie, to jak zacząć, by Was nie zanudzić... Dlatego też postanowiłem podzielić mój "wielki powrót" na dwie części - pierwszą, będącą mocno skróconym opisem, a właściwie, to przeglądem tego, co najbardziej znaczące podczas mojej blogowej nieobecności i drugą (za dwa-trzy dni) - z kilkoma wnioskami i przemyśleniami.



5/05/2016

pause.



Mamy już piąty maja, wieczór, a ja dalej nie wróciłem (w pełni) do obowiązków, nie wróciłem jeszcze do Krakowa. Mój weekend majowy trwa trochę dłużej. Trwa dłużej, bo może trwać. Kwestia dość dobrej (jak na mnie) organizacji czasu, poprzesuwania zobowiązań i zachowanych dopuszczalnych nieobecności. Postanowiłem wygospodarować kilka dodatkowych dni, by przed wielkim biegiem, który czeka mnie w najbliższych tygodniach, w pełni naładować akumulatory i wszystko sobie poukładać. By wyrwać się ze stałego środowiska i nabrać dystansu, bo bardzo tego potrzebuję, ten typ ,raz na jakiś czas, tak ma. By wyhamować, pooddychać świeżym powietrzem, by pobyć z bliskimi. By najnormalniej w świecie wyluzować. Ostatni dzwonek. Ostatnia okazja przed bardzo intensywnym czasem. Potrzebuję się zatrzymać, nabrać wspomnianego dystansu i sił, by to wszystko ogarnąć i ze sobą pogodzić - jeszcze nie wiem, jak to zrobię... ale jakoś muszę.

Lubię to. Ten mój rytuał włączania pauzy, z którego pozwalam sobie, raz na jakiś czas, skorzystać. Rytuał zatrzymywania rzeczywistości, tego, co dobre, co złe; ucieczki do mojej cichej przystani. Przystani jedynej i niepowtarzalnej. Tak, Lubatowa sprzyja porządkom w głowie, sprzyja zwykłym codziennym czynnościom, a właściwie to przypominaniu sobie o tym, jak się je lubi... Bo ja lubię pić kawę i patrzeć w ścianę bez żadnych wyrzutów sumienia, bez żadnych oporów czytać na huśtawce to co ambitne i (niestety ostatnio częściej) trochę mniej. Skakać na trampolinie, jak małe dziecko, biegać na plotki do sąsiadów, spotykać się z tymi, z którymi chcę utrzymywać kontakt. Śmiejcie się lub nie, ale lubię fakt, że lodówka jest zawsze pełna i nie muszę myśleć o tym, że może, tak magicznie stać się pusta. W ogóle nie muszę myśleć i fajne to... Lubię wygrzewać twarz w słońcu i głośno komentować, że podkarpackie słońce jest najlepsze, a wieczorem siedzieć na schodach przed domem i jak pseudo natchniony romantyk wpatrywać się w gwiazdy z papierosem w ręce i nie myśleć zupełnie o niczym. Naprawdę lubię raz na jakiś czas nie myśleć; lubię wciskać pauzę, bo mam do kogo wracać, bo kocham i chcę każdą wolną chwilę zagospodarować tak, by być w pełni szczęśliwy... by przypominać sobie o prostych czynnościach, które mnie uszczęśliwiają. I lubię to wszystko, mimo że trochę wygląda, jakbym uciekał, uciekał przed Krakowem. Ale to zupełnie nie tak - przed niczym nie uciekam, a już na pewno nie przed Krakowem, bo po kilku dniach już, najnormalniej w świecie, tęsknie. Tęsknię i mimo wszystko, mimo że moje serce tutaj, ja chcę, muszę wracać, bo moje miejsce jest właśnie tam, w Krakowie. 

Do czego zmierzam? Do tego, że w życiu warto, raz na jakiś czas, pozornie zmarnować/poświecić jeden zwykły tydzień. Bo nasze życie odżyje, a obowiązki mogą poczekać. Amen.




TK.

4/21/2016

twenty-first birthday.


Nie było mnie tutaj kilka dni. No dobra, aż tydzień i nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. Chyba potrzebowałem odpoczynku... i tak jakoś to się złożyło z moim pobytem w domu. Nawał myśli i niedokończonych spraw. A dzisiaj mamy 21 kwietnia - moje urodziny. 21 w sumie. I w sumie to czas leci jeszcze szybciej, niż mi się wydawało. Chyba za szybko. A może w sam raz? Nie wiem. Jakby nie było - leci i nikogo o zdanie nie pyta. Ale ja tym razem (wyjątkowo) nie o tym... Kto czyta moje wypociny, wie, że jestem dość sentymentalna osobą - i tak też będzie w dzisiejszej notce - sentymentów dużo i prywaty.


3/18/2016

spring?


Już kolejny raz nie mogę się nadziwić jak bardzo uzależniony od pogody jest mój humor. Pojawiło się pierwsze (powiedzmy,  że w miarę regularne) słońce, a ja znów mam energię. Tak po prostu. Nieśmiało i cichutko chcę powiedzieć, że to chyba wiosna... ale nie powiem, bo usłyszy i będzie tyle. Chociaż znając życie, zaraz nadejdą deszczowe dni. I tak, nadeszły. Mimo wszystko - jest nadzieja, że będzie lepiej. Nadzieję trzeba mieć... zawsze. 




3/12/2016

6 urodziny mojej małej Królowej - czyli wspomnienia w kilku zdaniach.


Dzisiejsza notka będzie krótka. To będzie kilka myśli o tym, że czas leci nieubłaganie, tak, że dech zapiera i o tym, że w moich rodzinnych stronach mówi się (bardzo słusznie), iż widać to najbardziej po dzieciach. Mamy 12.03.2016 i właśnie dzisiaj mija 6 lat od narodzin mojej najmłodszej siostry. Mojej prywatnej Królowej i kobiety na całe życie. 



2/08/2016

PIERWSZE URODZINY BLOGA.


To mój 85 post. 08.02.2015. Minął rok. Rok od pierwszej notki. Notki, która zaczęła nowy etap w moim życiu, etap marzenie, etap cel. Rozpoczęła moje blogowanie. I do dzisiaj się dziwię, że nie dałem się kryzysom twórczym, że pisałem mimo wszystko. Wiadomo - regularnie bardziej, lub mniej, ale blogowałem i nie dałem się. Miałem lepsze momenty i gorsze. Notki, którymi mogę szczycić, a pewnie i czasami nie. Miałem różnorakie zachwiania. Niemoc twórczą. Lenia. Brak czasu. Ale przetrwałem ten rok i mam się całkiem nieźle...

2/06/2016

the answer.


Obejrzałem ten filmik z polecenia. Zaszkliły mi się oczy, nie ukrywam. Skończyłem oglądać, zamknąłem go i pomyślałem, że bardzo lubię nagrania tego typu, te takie łapiące za serce... ale okazało się, że we mnie został i od kilku dni intensywnie do mnie wraca. Ot tak po prostu - wraca i tyle. Co w nim niezwykłego i co mnie tak poruszyło? Jak go odbieram?



1/19/2016

(mini)rozpacz studenta.


Styczeń, to miesiąc, za którym, tak delikatnie mówiąc, studenci nie przepadają. Nie dość, że trzeba wrócić do życia, do szarej rzeczywistości po tej świątecznej sielance, to już na dzień dobry dostaje się w pysk, bo przecież styczeń, to miesiąc zaliczeń, prezentacji, kolokwiów i pierwszych egzaminów. I co w tym złego? I co w tym dziwnego? Przecież każdy student powinien żyć ze świadomością, że właściwie to całe studiowanie właśnie do tego się sprowadza. Że trzeba to zrobić, zdać, napisać, powiedzieć i mieć to z głowy. I studiować dalej...



1/14/2016

sad boy.



Zima. Przyszła tak niespodziewanie. Niespodziewanie, jak zwykle. Bo kto by pomyślał, że w styczniu minusowe temperatury? Jakby to powiedział mój współlokator: bezczelstwo! Tak, bezczelstwo w czystej postaci. Ale spójrzmy prawdzie w oczy - co to za zima? Śnieg spadł dosłownie symbolicznie. Ledwo przysłonił chodniki, trawniki... Temperatura była niska, ale z drugiej strony - nie przesadzajmy. Większość z nas pamięta jeszcze takie prawdziwe zimy, kiedy rzeczywiście było biało, zaspy sięgały kilku metrów (przynajmniej na Podkarpaciu), a mróz z prawdziwą złośliwością szczypał policzki i nos. Większość z nas pamięta jeszcze białe, prawdziwie białe, śnieżne święta Bożego Narodzenia. Kiedy wracając ze szkoły wrzucało się koleżanki do zasp, ten ich płacz i zemsty. Albo wojny na śnieżki - jedna paczka przeciwko drugiej. Lepienie bałwana. Kiedy ze szkoły wracałeś niemalże biegiem, by szybko zjeść obiad, wziąć sanki i świetnie się bawić z przyjaciółmi... tak po prostu, tak beztrosko, bez końca. Czasami, ba - coraz częściej, bardzo żałuję, że się starzeję, że to wszystko przeminęło i w sumie, że zimy już nie takie, jak kiedyś....

Kończąc moje wynurzenia na temat przemijania, prezentuję Wam efekty ponownej współpracy z Piotrem Karwatem. Wykorzystaliśmy mroźny dzień, z dużą ilością smogu, żeby stworzyć smutną zimową sesję. Zimy już nie ma, ale zdjęcia zostały!



12/30/2015

czegoś koniec, innego początek.


Zaczniemy nieco refleksyjnie, bo od piosenki Marylki Rodowicz, idealnie wpasowującej się w ostatnie, dość mocno refleksyjne dni. To już ostatnia notka w tym roku. 2015 był rokiem dziwnym, w pewien sposób przełomowym. Rokiem, który przeleciał, ba, można powiedzieć, że zwiał, jeszcze szybciej, aniżeli wszystkie wcześniejsze. Z resztą, co rok, to czas leci szybciej, jakby na złość, jakby chciał udowodnić, że może, że życie naprawdę gna...  że przemija. "Co nam te rok zabierze, a co daruje nam?" - oto jest pytanie!





12/05/2015

wciąż się dzieje życia cud.


 To był tak dziwny tydzień. Tydzień pracowity, zabiegany i dość intensywny... jak dawniej. Miło jest znów nie mieć czasu na nic, a mimo wszystko (paradoksalnie) mieć go dużo więcej. Miło jest patrzeć na zwiększoną efektywność, zastanego już organizmu i dużo większą dawkę energii. Miło jest wykorzystywać siebie w dużo większym stopniu. Miło jest dostać kopniaka...

To był też (tak naprawdę to przede wszystkim) tydzień zetknięcia się z ludzkim jadem, zawiścią i w sumie, to można z całą świadomością i odpowiedzialnością powiedzieć, że nienawiścią. Siedzi to we mnie, mimo wszystko, mimo że to nie w moim stylu. Z roku na rok, ba - dnia na dzień, zdaję sobie sprawę, że ludzie, to dziwne stworzenia. Dziwne, zakompleksione i chyba prowadzące tak nudne życie, że za wszelką cenę chcą wejść z butami do życia innych. Pojawia się tylko jedno pytanie: skąd bierze się aż tyle jadu? Tyle jadu i dlaczego jeszcze więcej nienawiści, zawiści? Po co? Po co tracić czas na życie życiem innych? I po co głośno komentować i wygadywać same bzdury... do obcych osób? O prawdę się nie gniewam. Gniewam się o kłamstwa wyssane z palca, o koloryzowanie, tylko po to, by opowieść była bardziej barwna i oczepianie się osób ze mną powiązanych. Życie... potrafi zaskoczyć. Ludzie potrafią zaskoczyć. I pewnie nie byłoby w tym nic wyjątkowego, bo jestem dość przyzwyczajony do tego typu sytuacji... chociaż nie - do takiego ogromu jadu nie jestem i nie zamierzam być, dlatego o tym piszę i zwracam na to uwagę. Jest mi najzwyczajniej w świcie przykro, że są tacy, którzy oceniają po okładce. Chociaż moja okładka chyba nie jest aż taka zła. Jakakolwiek INNOŚĆ, nawet ta najmniejsza, zawsze będzie po prostu... inna i piętnowana. I na koniec apeluję, by spojrzeć w lustro i się zastanowić, czy nie ma ciekawszych rzeczy niż zawiść i plotki. Refleksja jest taka, że ludzie po prostu straszni. Ale wierzę, że w życiu wszystko wraca... to też wróci.

Koniec roku coraz bliżej. Zaczynam nastawiać się nad podsumowaniami, które niezmiennie od lat mnie fascynują. Zastanawiam się nad tym, co było dobre, a co złe - pierwsza refleksja? To był cholernie dziwny rok. Ot tak, po prostu.  C.d.n



TK.

11/27/2015

sekret.

 
Ostatnio tylko narzekam. Bo to jest niedobre, to takie niesprawiedliwe, a tamto takie złośliwe. I się pogody czepiam i ludzi, i siebie, i świata. I wszystko jest ogólnie nie tak. Deszcz wkurza, wiatr jeszcze bardziej, śnieg dziwi, a słońce, jak już jest, to razi. A najbardziej to wkurzam siebie sam - moja rozlazłość w ostatnich dniach osiągnęła szczyt, a to chyba nawet jak na mnie, za dużo. Świat jest zły, ludzie jeszcze gorsi. A w głowie jeden wielki pesymizm i czarne myśli.  A to chyba nie tak powinno być. Życie samo w sobie bywa wystarczająco okrutne, zaskakujące i płatające figle. Bo co to za usprawiedliwienie, że jest jesień? Kto to w ogóle wymyślił? (cicho, wiem, że ja.) Czy brzydka jesień zwalnia nas z życia? Usprawiedliwia to, że siedzimy w domach, jak takie rozleniwione ryby? Odpowiada za to, że włączyła się jedna wielka znieczulica i obojętność... właściwie na wszystko? Nie. Czy to jesień jest odpowiedzialna za to, że na własne życzenie marnujemy czas, energię i znajomości. Znów nie. Czy to ona odbiera nam radość z życia? Przecież, cholera jasna, taka jest kolej rzeczy - słońce znika na kilka miesięcy, żebyśmy, na wiosnę, znów je docenili. Przecież tak jest od lat. Wiadomo, żyje się trudniej, oddycha się ciężej (tym bardziej w czyściusieńkim Krakowie) i nie oszukujmy się - energii rzeczywiście jest mniej - ale to nie są powody, by to wszystko pogłębiać jeszcze bardziej.

Dotarło do mnie w końcu to, że ta jesień, sama w sobie, nie jest taka okropna. To moje myśli przyciągają wszystko, co złe. Moje podejście powoduje, że rzeczywiście nastrój jest gorszy, energii jeszcze mniej i jakichkolwiek chęci do działania - to, że jedna, czy dwie jesienie to nie był dobry czas w moim życiu, nie oznacza, że każda już taka będzie - a okazuje się, że na właśnie życzenie tak się dzieje. Zrozumiałem na czym polega sekret, w który nie tak dawno się zaczytywałem - przyciągamy wszystko, co się dzieje w naszym życiu. Wszystko, co dobre, ale też  (niestety) wszystko co złe. Każda sytuacja zależy od naszego podejścia. I to jest, tak bardzo, prawda. Ciągle się tego uczę i wiem, że anioły stróże, walcząc i zagłuszając mój pesymizm, pomagają mi przyciągać to, co dobre. Chyba czas przestać marnować czas na obawy, kompleksy i przejmowanie się całym światem. Żyć tylko TU i TERAZ. Dla siebie. I dla ludzi, na których nam zależy. I próbować, ryzykować i ciężko pracować z uśmiechem na twarzy, bez mało atrakcyjnych myśli. Czas skończyć mówić, że się zaczyna, a w końcu zacząć. Czas obudzić się z tej drzemki poprzedzającej/zwiastującej sen zimowy. Bo Sroki na zimę nie zapadaj w sen, ani nie uciekają do ciepłych krajów. Żyją. Tu i Teraz.

TK.

11/17/2015

(brak)kultury narzekania.

 
Miała być notka o muzycznych przedadelowych premierach, ale jak ja mam coś o nich napisać, kiedy moje ucho nie przyjmuje żadnych dźwięków? Moje ucho czeka już na Adele i nie może się doczekać, by z nią pozamulać - mam wielką nadzieję, że to będzie właśnie taka płyta. Jeszcze 3 dni i się przekonamy... ale nie o tym teraz. Teraz pielęgnuję w sobie polską cechę i... narzekam, bo mogę. Narzekacie ze mną?

Nienawidzę dni, jak ten, tak z całego serca. Kiedy siedzę przed laptopem i mam pisać. Kiedy chcę pisać, wiem o czym, a mimo to nie mogę. Artystyczno-twórcza niemoc pseudo artysty (najgorzej!). Kiedy nawet mój wielki rytuał z oficjalnym zasiadaniem, z kawą, herbatą i górą słodyczy nic nie daje. Nawet kisiel. I milka. I spaghetti. I kubek gorącej herbaty, pod kocykiem - stylizowany na Kasię Tusk, rzecz jasna. Dni, kiedy jestem obrażony na świat, na ludzi, na powietrze (a raczej na to coś, co powietrze w Krakowie ma przypominać), na siebie. Kiedy wkurzają mnie ambitne filmy i debilne programy (ale żeby mnie nawet Warsaw Shore irytowało?). Kiedy nie mogę zdzierżyć ambitnej muzyki, a ta wieśniacka wkurza mnie dwa razy bardziej. Dni, kiedy nie mogę znieść towarzystwa kogokolwiek - a co najgorsze - (powtarzając) kiedy nie mogę znieść siebie, bo sam doprowadzam się do szału. Obrażona księżniczka ogarnięta ogólną niemocą życiową, tak to ja. Czy można to nazwać samowystarczalnością? Myślę, że zdecydowanie tak. Zero efektywności. Zero zapału do czegokolwiek. Dni lecą mi właściwie na niczym. Nie lubię tak, bardzo.

A to wszystko przez ten cały listopad. Piękna, polska złota jesień - tylko ja się pytam: gdzie to piękno? Gdzie to złoto? Mokro, zimo, mgliście. Pogoda marzenie, nie? A ja, jak to ja, pochwaliłem, pełen nadziei, powiedziałem, że nie ma co narzekać, że jest nieźle, naiwnie wierząc, że tak już zostanie. Frajer. Naiwniak, żeby nie nazywać się już po imieniu... Bo ten cały listopad, to się ostatnio taki wredny zrobił - cwaniak jeden. Jak byłem młodszy, to się nawet jakoś jeszcze dogadywaliśmy, a teraz? Minął (dopiero) miesiąc od notki, w której już publicznie narzekałem - ale tak sobie dzisiaj myślę, że co ja wtedy mogłem wiedzieć? Co to za jesień wtedy niby była? Tak, wiem - powtarzam się, ale nie byłbym przecież sobą...  Przez te kilka miesięcy zdążyliśmy się już całkiem nieźle poznać. I teraz narzekajmy głośno, dzisiaj można, dzisiaj trzeba - na wszystko, na wszystkich. Bo jak jutro  mi się tak przytrafi, że wstanę (dla odmiany) prawą nogą, to się może skończyć zezwolenie.

Koniec wynurzeń. Bez odbioru.

Obrażony
TK.

11/11/2015

autumn.


Dzień za dniem biegnie nieubłaganie. Jesień. Tak, to nie moja pora. Listopad to najgorszy miesiąc w roku i z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że nie cierpię go z całego serca, ot tak - dla samej zasady. Energia się ulatnia, życie się ulatnia, kolorów praktycznie nie ma. Zero siły, mobilizacji do czegokolwiek. I zero tlenu. Nie lubię tak. Mimo to muszę przyznać, że w ostatnich jedenastu dniach trafiło się kilka pięknych, słonecznych dni, takich w moim stylu. I (jak co roku) smog się trafił. I ignorancja krakowskich władz. Bo po co reagować, skoro norma smogu jest przekroczona tylko (około) 6 razy(!)? Normalka. Polsko-krakowska norma 100%. Taki jest ten świat. I taki jest ten Kraków - brudny, ale i piękny. Coś za coś, nie?  Ostatnie (smogowe) dni wykorzystaliśmy do tego, by znów połączyć siły z jednym z najlepszych krakowskich fotografów młodego pokolenia (muszę tak, bo więcej mi zdjęć nie zrobi), prywatnie z moim współlokatorem - panem Jakubem Suchem.



10/21/2015

Demeter i Kora.


 

Jesień. Przyszła, choć wcale jej nie zapraszałem. Wprosiła się, jak co roku. Cwaniara. Desperatka. Wredota. Nie lubimy się od dawna i pewnie się już nie polubimy. Po prostu - nadajemy na innych falach, zdarza się. Pewnie mamy do siebie dużo żalu, pewnie za dużo... w każdym razie ja mam, od dawna. Bo jesień wiele krzywd mi wyrządziła, bo jesień była tłem złych dni i złych czasów, i to właśnie na nią staram się zwalić wszystko życiowe niepowodzenia, porażki. I żeby chociaż ta cała jesień ładna była, taka, jak w podręcznikach, książkach, albumach - złota, kolorowa i przede wszystkim piękna - to ja bym może nawet spróbował się z nią pogodzić, może nawet zaakceptować, wybaczyć, (bo z ewentualną sympatią, to bym nie przesadzał) a tu nic, ani złota, ani kolorów, a tym bardziej piękna. Bo kilka ładnych dni nie jest w stanie mi wynagrodzić reszty paskudnych - taki już jestem, byle czym się nie zadowalam.

Jaka jest ta jesień według mnie? Że brzydka to nie będę powtarzał, bo po co? Każdy to wie. Chyba jestem dziwakiem, bo ludzie lubią jesień, ba, uważają, ze to najpiękniejsza pora roku - akceptuje, ale się nie zgadzam. Jest przygnębiająca, jest smutna, depresyjna.  Demeter żegna się z córką, a to wszystko odbija się na nas (tak, kurka wodna, nie powinno być). Zawsze powtarzam, że mieszanie życia prywatnego z zawodowym to brak profesjonalizmu - Demeter, ogarnij się. Przyroda płacze i jakby z ludzi też życie uchodziło. Smutne, zmęczone twarze, pozawijane (już od teraz) w miliony szalików i czapek - bo jak się nie zawijać, jak zimno? Kiedyś to przynajmniej październik był ciepły, a teraz to nie, musi ta złośliwa cholera postawić na swoim. Jesień kojarzy mi się z biegiem, ale nie tym fajnym, tylko takim bezsensownym, takim bez celu. Biegiem dla samego biegu. Z brakiem czasu, z brakiem energii i jakiejś takiej większej chęci do życia. Takiej bardziej wyrazistej. Takiej na 100%. Z brakiem sensu, mobilizacji, celu. Jesienią łóżko staje się wygodne, mieszkanie przytulne, a pościel jedynym celem. Codzienna walka. Cholera, jak ja nie lubię jesieni...



Kilka tygodni bez słońca, a organizm już tęskni, już się buntuje. Już nie chce wstawać rano, nie daje energii na cały dzień... I w ogóle mnie wkurza, bo nie chce współpracować, cwaniakuje, stawia na swoim. I jesień mnie wkurza, i te ciągłe zmiany pogody, te promienie słońca na minute, tylko po to, by zaraz wiał wiatr i padał deszcz. Zero kolorów, tylko syf, zimno i deszcz. Nie bawię się tak. Jestem obrażony na jesień, bo to właśnie przez nią nie mam weny; pustka w głowie - tylko tyle. Stąd taka cisza tutaj. Zastanawiam się tylko, czy w życiu nie ma i tak zbyt dużej ilości smutku, problemów, porażek, wstydu, głupich ludzi i innych takich, żeby jeszcze ta...  jesień? Bo co niby wnosi w nasze życie? (Pozdrawiam)

TK.

9/29/2015

może nad morze?


Jedni lubią słońce, inni deszcz, miasta, wsie, równiny, czy góry, a jeszcze inni morze -bardzo często spotykamy się absurdalnym starciem, porównywalnym z tym warszawsko-krakowskim (równie niewykonalnym): MORZE vs. GÓRY. Bo jak wybrać, co jest lepsze? Jak zestawić ze sobą dwa zupełnie inne światy? Jak porównać klimat, widok, powietrze? Dwie odmiany piękna. Uważam, że to po prostu niewykonalne. Ja zdecydowanie stwierdzam, że wolę morze (nie ubliżając górom) - bo tak po prostu. Może dlatego, że jestem z południa Polski i wyjazd na "północ" to prawdziwe święto? A może dlatego, że woda to mój żywioł? Jakby nie było, morze TO JEST TO. 



9/07/2015

telewizyjny gnój.

Jest wrzesień. Jeszcze niecały miesiąc do mojego wielkiego powrotu. No i ostatni miesiąc z telewizorem (Boże, jak to brzmi). Wrzesień oznacza początek nowych telewizyjnych ramówek. Ja, kiedyś prawdziwy, niekwestionowany król wszystkich (dosłownie wszystkich) programów rozrywkowych, siedzę przed telewizorem i tak jakoś się zastanawiam. Zastanawiam się, czy to we mnie zaszły aż takie zmiany... czy po prostu telewizja i jej propozycje są coraz to bardziej debilne i jakoś kompletnie nie zaspokajające potrzeb odbiorcy. A może właśnie TAKA telewizja je zaspokaja, a ja, jak to ja, jestem staroświecki i najnormalniej w świecie się nie znam?