5/05/2016

pause.



Mamy już piąty maja, wieczór, a ja dalej nie wróciłem (w pełni) do obowiązków, nie wróciłem jeszcze do Krakowa. Mój weekend majowy trwa trochę dłużej. Trwa dłużej, bo może trwać. Kwestia dość dobrej (jak na mnie) organizacji czasu, poprzesuwania zobowiązań i zachowanych dopuszczalnych nieobecności. Postanowiłem wygospodarować kilka dodatkowych dni, by przed wielkim biegiem, który czeka mnie w najbliższych tygodniach, w pełni naładować akumulatory i wszystko sobie poukładać. By wyrwać się ze stałego środowiska i nabrać dystansu, bo bardzo tego potrzebuję, ten typ ,raz na jakiś czas, tak ma. By wyhamować, pooddychać świeżym powietrzem, by pobyć z bliskimi. By najnormalniej w świecie wyluzować. Ostatni dzwonek. Ostatnia okazja przed bardzo intensywnym czasem. Potrzebuję się zatrzymać, nabrać wspomnianego dystansu i sił, by to wszystko ogarnąć i ze sobą pogodzić - jeszcze nie wiem, jak to zrobię... ale jakoś muszę.

Lubię to. Ten mój rytuał włączania pauzy, z którego pozwalam sobie, raz na jakiś czas, skorzystać. Rytuał zatrzymywania rzeczywistości, tego, co dobre, co złe; ucieczki do mojej cichej przystani. Przystani jedynej i niepowtarzalnej. Tak, Lubatowa sprzyja porządkom w głowie, sprzyja zwykłym codziennym czynnościom, a właściwie to przypominaniu sobie o tym, jak się je lubi... Bo ja lubię pić kawę i patrzeć w ścianę bez żadnych wyrzutów sumienia, bez żadnych oporów czytać na huśtawce to co ambitne i (niestety ostatnio częściej) trochę mniej. Skakać na trampolinie, jak małe dziecko, biegać na plotki do sąsiadów, spotykać się z tymi, z którymi chcę utrzymywać kontakt. Śmiejcie się lub nie, ale lubię fakt, że lodówka jest zawsze pełna i nie muszę myśleć o tym, że może, tak magicznie stać się pusta. W ogóle nie muszę myśleć i fajne to... Lubię wygrzewać twarz w słońcu i głośno komentować, że podkarpackie słońce jest najlepsze, a wieczorem siedzieć na schodach przed domem i jak pseudo natchniony romantyk wpatrywać się w gwiazdy z papierosem w ręce i nie myśleć zupełnie o niczym. Naprawdę lubię raz na jakiś czas nie myśleć; lubię wciskać pauzę, bo mam do kogo wracać, bo kocham i chcę każdą wolną chwilę zagospodarować tak, by być w pełni szczęśliwy... by przypominać sobie o prostych czynnościach, które mnie uszczęśliwiają. I lubię to wszystko, mimo że trochę wygląda, jakbym uciekał, uciekał przed Krakowem. Ale to zupełnie nie tak - przed niczym nie uciekam, a już na pewno nie przed Krakowem, bo po kilku dniach już, najnormalniej w świecie, tęsknie. Tęsknię i mimo wszystko, mimo że moje serce tutaj, ja chcę, muszę wracać, bo moje miejsce jest właśnie tam, w Krakowie. 

Do czego zmierzam? Do tego, że w życiu warto, raz na jakiś czas, pozornie zmarnować/poświecić jeden zwykły tydzień. Bo nasze życie odżyje, a obowiązki mogą poczekać. Amen.




TK.

2 komentarze:

  1. Ja tak czuję będąc w Kaliszu :-) Amen!

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając, widziałam te gwiazdy, tak jak u mnie :) Rozmarzenie... i klimat powrotów do Krakowa :)
    Inspirujesz swoim tekstem do napisania wiersza. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń