8/07/2016

powroty - część II.


Druga i ostatnia, obiecana część notki sprzed kilku dni. To dość ważny (dla mnie) tekst. Ważny, bo o lekcji, jaką udało mi się wyciągnąć z ostatnich miesięcy. Ważny, bo podsumowuje wiele spraw, które WRESZCIE zrozumiałem (a przynajmniej mam taką nadzieję). Teraz wiem nad czym pracować, co zmieniać i o co się starać, a dla osoby, która szuka tak bardzo, jak ja, to zdecydowanie ważne...

 
Zrozumiałem, że moje marzenia o życiu w biegu, o natłoku obowiązków, o szybkiej niezależności są trochę bez sensu. Bez sensu w tym znaczeniu, że nie można, tak za wszelką cenę udowadniać i sobie, i całemu światu, że jest się w stanie na więcej i dużo więcej, aniżeli to w rzeczywistości wykonalne. Nie za cenę zdrowia, przyjaźni, miłości, czy (co w moim przypadku - najbardziej) zapominania o tym, że młodość już nie wróci, że to ostatni dzwonek na spełnianie głupich marzeń, celów, na podróżowanie i szukanie szeroko pojętych inspiracji. Utwierdziłem się w przekonaniu, że nie lubię pieniędzy i nigdy ich nie polubię. Zawsze jest z nimi problem. Albo jest ich za mało i nie masz za co żyć, albo za dużo i nie masz kiedy ich wydać. Albo się o nie kłócisz, albo walczysz. Jestem na nie, po prostu.

Tak, jak pisałem - w ostatnim tygodniu czerwca, spełniłem jedno ze swoich małych marzeń - pojechałem na OPEN'ERa, na 4-dniowy festiwal mojej muzyki. Nie ukrywam, że z różnych względów było to dość szalone, ale nie żałuję ani trochę, bawiłem się co najmniej świetnie i polecam każdemu przynajmniej raz w życiu pojechać i zobaczyć, usłyszeć, spróbować. Ale do czego zmierzam? Pierwszego dnia, skacząc wśród fanów Florence, którą lubię i ja, dotarło do mnie, że mam dość. Że mam dość wcielania się w osobę, którą byłem, a właściwie, to przez ostatni czas, bardzo chciałem być. Że zapomniałem o tym, kim jestem naprawdę. Ciężko to opisać tak, by nie wyszło banalnie, bo wiem, że trochę tak to brzmi... Ciężko opisać uczucie, kiedy jest naprawdę dobrze. Kiedy skacząc pośród kilkudziesięciu tysięcy osób, w rytm muzyki, którą naprawdę lubisz, zamykasz oczy, do których napływają łzy, masz ciarki na całym ciele i czujesz się tak... wolny. Szczęśliwy. Znów młody. Kiedy czujesz, że możesz wszystko. Że nie jest za późno na zmiany, bo przecież na zmiany za późno nie jest nigdy. Ten wyjazd, ten kolorowy festiwal, to był chyba taki moment przełomowy, moment kiedy przypomniałem sobie, że MOGĘ brzmi lepiej niż MUSZĘ. Kiedy zdałem sobie sprawę, że sam z siebie zrobiłem "starego maleńkiego", kiedy uzmysłowiłem sobie, że najnormalniej w świecie, nie warto. I że czas na zmiany.

Zrozumiałem, a właściwie to odkryłem (lepiej późno, niż wcale), że jedną z moim największych wad jest brak cierpliwości i przerost ambicji, a to wcale nie jest dobre. Bo co dobrego w tym, że za wszelka cenę próbujesz oszukać organizm, oszukać swój mózg i wmówić sobie, że dasz radę, mimo że wcale nie musisz?  Bo co dobrego w tym, że wszystko chcesz już teraz... Nie masz wobec nikogo żadnych zobowiązań. Nie masz żony, dzieci, kredytu na mieszanie i trochę mniejszego na nowy samochód. Chora ambicja. Bo przecież Ty nie nawalasz, prawda? A właśnie, że nawalasz, jak każdy. I jak każdy możesz nie mieć siły, możesz mieć chwile słabości, zwątpienia, czy zwykłego lenistwa. Przez ostatnie tygodnie stałem się idealnym przykładem na to, jak nadmiar obowiązków może wypalić... wypalić życiowo - nawet tak młodego człowieka, jak ja. Człowieka stojącego u progu dorosłości - chociaż ośmieliłbym się stwierdzić, że za już na progu... Dorosłości, która niestety, delikatnie rozmija się z obrazem tej, z lat młodzieńczych. Tej z marzeń. Zabawne - najpierw odliczasz lata, miesiące, dni do tego, aż wyfruniesz, a teraz? Teraz oddałbyś wiele za beztroskie marzenia o wielkim życiu. Za lata bez dylematów, trudnych decyzji, bez ryzyka. Bez zwątpień w działania wszelakich instytucji, takich, jak np. kościół, w który przecież tak wierzyłeś; wszystkiego co związane z wszechobecną polityką. Za życie czekające tylko na to, aż przybędziesz i zaczniesz budować świat, ten lepszy świat. Ty - brakujący element. Niestety, życie takie jest. Wcale nie czeka, aż dorzucisz coś od siebie. Nie czeka na twoje pomysły, cele, marzenia, ambicje, plany. Nie czeka na Ciebie. W dzisiejszych czasach musimy walczyć, by się przebić, by się wyróżnić i pokazać ile jesteśmy warci. By udowodnić, że naprawdę jesteśmy inni, mniej zepsuci... a może właśnie bardziej? Że przetrwamy. Że jesteśmy bezwzględni.



Jakieś wnioski? Tak. Czas wreszcie nauczyć się luźniejszego podejścia do życia, do siebie. Przestać wywierać na sobie presję, najnormalniej w świecie sobie odpuścić. To trudne, tym bardziej dla tak upartego osła, jak ja, ale podejrzewam, ba, wierzę że wykonalne. Na pewno konieczne. Konieczne, by uniknąć wypalenia, wiecznych zawodów, tak dziecięcych i naiwnych. Tak, dla mnie, typowych. Raz na wozie, raz pod wozem - ja właśnie pod nim siedzę, ale to dobrze. Dlaczego? Bo zimny kubeł wody wyjdzie mi na dobre. Zamierzam wykorzystać najbliższe tygodnie na poukładanie sobie wszystkiego w głowie. Na nadrabianie zaległości. Na oddech. Po to, by wrócić i wreszcie odkryć w którą stronę pójść... By szukać i wiedzieć, co tak naprawdę chcę znaleźć. By spełniać się i wiedzieć, co mi w tym pomoże. By żyć na własnych warunkach.




TK.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz