Na ekrany kin, niespełna dwa tygodnie temu wszedł film, który (patrząc na zwiastun) zapowiadał się bardzo obiecująco. Tym bardziej, że w lutym tego roku odniósł ogromny sukces na festiwalu w Berlinie - otrzymał Złotego Niedźwiedzia, za najlepszy scenariusz. Media zalały zdjęcia głównych aktorek z czerwonego dywanu, między innymi z cudowną Meryl Streep, która zasiadała w jury. Aktorek znanych i rzeczywiście mających przyciągnąć widzów do kin. Jedno jest pewne - to pozycja ZDECYDOWANIE nie dla każdego... a więc dla kogo? I o czym tym razem Wasilewski (reżyser) chciał nam opowiedzieć?
Mamy początek lat dziewięćdziesiątych, mniej więcej rok po upadku muru berlińskiego. Początek wolności, z ciągle unoszącym się w powietrzu komunizmem i coraz większym pragnieniem dosięgnięcia i doścignięcia zachodu. 4 kobiety, przeżywające życie na swój sposób. Cztery przeplatające się historie, o pragnieniu szczęścia, spełnienia i miłości. O pragnieniu życia, w końcu tego prawdziwego, wyśnionego. Pierwszą z nich jest Agata (Julia Kijowska), żyjąca w na pozór idealnym małżeństwie pozbawionym jakiejkolwiek szczerej namiętności, zainteresowania i miłości. Jedynym motorem napędzającym jej życie (zarówno to codzienne, jak i erotyczne), jest coraz większa fascynacja miejscowym młodym wikariuszem; to bardzo ciekawa i złożona bohaterka, ponieważ drzemie w niej trudna do opisania potrzeba buntu i ucieczki, by przetrwać nieudane życie. Renata (Dorota Kolak), to zdecydowanie najbardziej niepozorna postać - na swój sposób znudzona codziennością nauczycielka rosyjskiego, stroniąca od kontu z kimkolwiek, jednocześnie rozpaczliwie szukająca choćby najmniejszej uwagi i szczerego zainteresowania. Od samego początku można zauważyć, że skrywa tajemnice... Poznajemy też dwie siostry - Marzenę (Marta Nieradkiewicz) i Izę (Magdalena Cielecka). Pierwsza z nich, to młoda mężatka, która nie widziała swojego męża od kilku lat, stęskniona, a chyba bardziej bezradna i rozgoryczona. Głodna kariery i żyjąca tym, że w czasach licealnych była miss czegośtam; wszechobecna praktycznie w każdej instytucji - instruktorka tańca, fitnessu w rytmach Whitney Houston i wodnego aerobiku dla starych Niemek. Sprawia wrażenie naiwnej i pogubionej. Natomiast starsza z sióstr, Iza, to jej całkowite przeciwieństwo - pewna siebie, wyniosła dyrektor szkoły, od której bije klasa (no nie ma się co dziwić, że bije, skoro gra ją Cielecka); kobieta która podobno ma wszystko, posadę, pieniądze, wyszukane kreacje, idealny makijaż i fryzurę, poważanie... ale nie mężczyznę, o którego walczy od lat - Karola (Andrzej Chyra), świeżo owdowiałego lekarza, z którym łączy ją ponad sześcioletni romans. Każda z nich jest dowodem na to, że w życiu zdecydowanie nie można mieć wszystkiego.
I
jakie wnioski po tym długim wstępie? O czym jest ten film? Wasilewski
przedstawił obraz kobiet, które na swój sposób nie pasują do
społeczeństwa. Nie są przykładnymi żonami i gospodyniami domowymi,
podporządkowanymi swoim mężom. Nie do końca odnajdują się w szarej
rzeczywistości, nie do końca chcą się w niej odnaleźć. W każdej z nich
drzemie swego rodzaju potrzeba buntu, ucieczki, wyrwania się z tego
świata, który w różnym stopniu ich wyniszczył. Świata, który sam sobą
ciągle ich niszczy. Uważam, że w "ZJEDNOCZONYCH STANACH MIŁOŚCI"
została ukazana przede wszystkim samotność - ta obok drugiej osoby, ta
poprzez rozłąkę, śmierć i odmienność w jednym, ale i ta wynikająca z
braku przyzwolenia na miłość, na miłość taką wprost, dla której człowiek
jest w stanie zrobić naprawdę wiele, jeśli nie wszystko... Reżyser, do
czego zdążył nas przyzwyczaić w swoim poprzednim filmie ("Płynące Wieżowce"),
stawia na wszechobecny naturalizm, nie boi się nagości, co więcej,
według mnie ukazuje ją w ładny sposób - co może okazać się kwestią
sporną, bo wiem, że niektórzy uważają wręcz odwrotnie. Wasilewski opiera
swój najnowszy obraz na codziennych sytuacjach, na życiu, tym szeroko
pojętym, niekoniecznie przyjemnym i ładnym.
Trzeba
pochwalić twórców za ładne ujęcia, za świetne oddanie klimatu, poprzez
kolory, rekwizyty, stroje. Pokazano wszystko, co kojarzy się z PRLem, a
właściwie to jego końcówką. Wszystko, co moje pokolenie zna ze zdjęć
rodzinnych, młodości rodziców - kolorowe duże swetry, dżinsy z wysokim
stanem z PEWEXu, bujne czupryny, wąsy, "gościny" z ogórkami kiszonymi i
zastawionym stołem, stare meblościanki. Ogólnie budownictwo bardzo
charakterystyczne - blokowiska z płyt, idealny wystrój każdego
mieszkania, od kafelków, dywanów, bo wspomniane meblościanki. Uważam, że
jeżeli chodzi o oddanie kolorytu, to nie ma się do czego przyczepić. Co
ciekawe i na co tak naprawdę zwróciłem uwagę dopiero podczas napisów
końcowych - w tym filmie nie ma muzyki, co według mnie jest bardzo
dobrym zabiegiem potęgującym przygnębienie i pustkę bijące z ekranu.
Jest cicho i ponuro. Tylko bohaterki, ich historie i szara Polska
pozostawiająca wiele do życzenia.
Prawda
jest taka, że nie da się jakoś uniwersalnie zinterpretować i
zaprezentować tego filmu. Jest trudny, ciężki, powiedziałbym nawet, że
dziwny i tak, jak już napisałem - zdecydowanie nie dla każdego.
Przeczytałem gdzieś, że "to film warty uwagi, chociaż niekoniecznie taki, który chcielibyśmy polecić."
- i zgadzam się z tym w 100%. Po wyjściu z kina miałem naprawdę
mieszane uczucia. I ta cisza podczas napisów końcowych, która
spotęgowała tylko wszechobecne zwątpienie i ogromne przygnębienie. I
pustkę, taką przenikającą dosłownie wszystko. "ZJEDNOCZONE STANY MIŁOŚCI"
bardzo przygnębiają i wprowadzają w stan takiej... zadumy? Nie, to złe
słowo - bardziej wspomnianej pustki chyba. Nie wiem czy to dobrze, czy
źle, czy to komplement, czy nie... Jedno jest pewne, to bardzo, bardzo
dziwny obraz samotności i braku spełnienia na początku lat
dziewięćdziesiątych, ukazany w postaci czterech zupełnie innych kobiet.
Innych, a tak podobnych jednocześnie. Czterech kobiet, które już dawno
zapomniały czym jest szczęście... Kobiet mimo wszystko pragnących
szczerej i namiętnej miłości, zainteresowania i spełnienia.
Mimo wszystko zachęcam do obejrzenia, bo ciekaw jestem Waszych opinii. W Krakowie film grają ciągle w kinie ARS.
TK.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz