Nie było mnie tutaj kilka dni. No dobra, aż tydzień i nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. Chyba potrzebowałem odpoczynku... i tak jakoś to się złożyło z moim pobytem w domu. Nawał myśli i niedokończonych spraw. A dzisiaj mamy 21 kwietnia - moje urodziny. 21 w sumie. I w sumie to czas leci jeszcze szybciej, niż mi się wydawało. Chyba za szybko. A może w sam raz? Nie wiem. Jakby nie było - leci i nikogo o zdanie nie pyta. Ale ja tym razem (wyjątkowo) nie o tym... Kto czyta moje wypociny, wie, że jestem dość sentymentalna osobą - i tak też będzie w dzisiejszej notce - sentymentów dużo i prywaty.
Podobno nie mówi się głośno, że jest się szczęśliwym - ale ja się odważę. Jestem. Jestem pierwszy raz w stu procentach. W stu procentach jestem sobą, a to chyba największe osiągnięcie dwudziestego pierwszego roku mojego życia. Właśnie w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, wreszcie zrozumiałem przeprostą prawdę mówiącą o tym, że można oszukiwać cały świat, ale nigdy siebie. Nie na dłuższą metę. Że nie można unieszczęśliwiać i krzywdzić siebie, by zrobić dobrze ludziom dookoła, by spełniać nadzieje i oczekiwania, i najnormalniej w świecie się nie wybijać, nie rzucać w oczy. Że nie można przez całe życie uciekać przed sobą, przed swoimi demonami. Zrozumiałem, że trzeba się z nimi zmierzyć i zacząć żyć dla siebie, tak po prostu. Żyć pełnią życia. W zgodzie ze sobą. Uwierzyłem w końcu w to, iż wszystko co dzieje się w naszym życiu, zarówno to, co dobre, jak i złe, ot tak po prostu, przyciągamy. Przekonałem się, że wszystko jest możliwe. Ciężka praca, samozaparcie, cudowni ludzie, głowa pełna marzeń... i da się.
A propos tych marzeń - możecie się śmiać, że o tym wspominam, ale w zeszłym tygodniu, przy okazji przyjazdu do Krakowa mojej najmłodszej siostry, wybraliśmy się do kina na najnowszy film Disneya - "ZWIERZOGRÓD" - kapitalna produkcja, która naprawdę mnie poruszyła... To film/bajka o tym, że w życiu wszystko zależy od nas samych, że marzenia się spełniają, że tak naprawdę możemy wszystko. Wystarczy spróbować. Dlaczego o tym piszę? Siedziałem w tym kinie oczarowany bardziej, niż moja 6-ścio letnia siostra, pewnie bardziej, niż reszta zachwyconych dzieciaków... Oczarowany przekazem i prawdą bijącą z ekranu. Pisze o tym właśnie teraz, bo w tym dwudziestym pierwszym roku mojego życia, po kilku latach lekkiego podłamywania się i powątpiewania w siłę marzeń, zrozumiałem, pierwszy raz tak naprawdę, że warto.
Dosyć dygresji. Wracając do "osiągnięć" - cieszę się, że udało mi się odnaleźć coś w rodzaju spokoju, że coraz lepiej idzie mi odpuszczanie, wyluzowanie, nieprzejmowanie się wszystkim i każdym na tej ziemi. Zrozumiałem, iż nie jest rzeczą konieczną to, że ludzie muszą mnie lubić za wszelką cenę, że nie każdy musi mnie popierać i rozumieć. Że nie warto tracić energii na ludzi, którzy na to nie zasługują. Dosyć narzekania, bo to, co najmniej, nie na miejscu - mam wszystko i jestem za to wdzięczny. To był rok pełen zmian dookoła mnie, ale przede wszystkim zmian w mojej głowie. Kocham i żyję z całych sił. Mimo że jeszcze długa droga przede mną, wiem, wierzę, że będzie dobrze. Że będzie jeszcze lepiej. I w sumie, to jedynie, czego sobie życzę - żeby było jak jest, ewentualnie lepiej.
Jak co roku, wybrałem urodzinowy hymn. Ten kawałek pasuje najbardziej, bo tekstowo doskonale obrazuje moment życia, w którym aktualnie się znajduję. I ten spokój...
TK.

Wszystkiego najlepszego! :)
OdpowiedzUsuń