Związki. Miłość. Zakochani ludzie. Naciskający na nas znajomi, rodzina. Presja. Znamy to, prawda? Jak często takie sytuacje mają miejsce w prawdziwym życiu? Jak często wmawiamy sobie, że przecież wcale tak nie jest... Ale zastanówmy się wspólnie - czy nie żyjemy w czasach, kiedy panuje kult związków? Czy w pewnym momencie życia nie zdarza się przypadkiem tak, że ludzie szukają kogoś, ot tak, dla samej zasady - bo przecież trzeba, bo jak to tak samemu? Podobnie jest w filmie "LOBSTER", tylko nieco bardziej prześmiewczo. Co sądzę o tej produkcji? I jakie inne cechy wspólne, z tymi życiowo-rzeczywistymi, dostrzegam?
Akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości i najkrócej mówiąc, kręci się wokół tego, że w świecie nie ma miejsca dla singli. Zgodnie z zaleceniami władz miasta każdy samotnik (jeśli nie zgłosi się dobrowolnie, rzecz jasna) ma być schwytany i przewieziony do hotelu, w którym w ciągu 45 dni musi odnaleźć swoją drugą połówkę - w przeciwnym wypadku zamienia się we wcześniej wybrane zwierze. Co ciekawe, a jednocześnie absurdalne, łączenie w pary ma przebiegać na zasadzie podobieństw, ale nie wspólnych pasji, upodobań, marzeń, a tylko i wyłącznie na fizyczności - bo "druga połówka, to druga połówka". Absurd posuwa się tak daleko, że ludzie łączą się dzięki podobnej wadzie wzroku, utykaniu na jedną nogę, czy krwotokom z nosa... I w tym wszystkim odnaleźć się musi David (w tej roli Colin Farrell) porzucony przez żonę, typ ponurego, powolnego, wręcz flegmatycznego samotnika. Facet, który na początku autentycznie wierzy w to, że hotel ułatwi mu ponownie odnaleźć miłość, a może raczej, chce wierzyć. Facet próbujący ukryć swoje przerażenie związane ze zbyt krótkim czasem... początkowo stara się przestrzegać dość rygorystycznych zasad panujących w hotelu, jednak szybko orientuje się, iż uczciwością nie da się niczego ugrać. A przecież czasu jest coraz mniej...
Przeczytałem gdzieś, że "LOBSTER" jest niezwykle gorzkim filmem - to prawda. Gorzkim i smutnym. A jednocześnie wypełniony czarnym humorem. Główni bohaterowie, którzy początkowo żyją nadzieją, z każdym dniem z coraz większym trudem ukrywają zrezygnowanie. Poddają się. Są też ci, którzy mówiąc wprost - walczą o przetrwanie, oszukując cały świat, a przede wszystkim siebie samych. Wplątują się w bezsensowne związki, odbierające im radość życia i ogólnie pojęte szczęście, tylko po to, by nie zamienić się w zwierzę. Udają kogoś zupełnie innego, po to, by uniknąć samotności. Ta zamiana w zwierzęta i strach przed nią, to według mnie doskonała metafora ludzkiego strachu przed ludzkim potępieniem, swego rodzaju napiętnowaniem. Bo skoro kogoś nie mam, to ze mną jest coś nie tak... Dziwnie znajome próby dostosowania się do oczekiwań społeczeństwa, prawda? Myślę, że każdy z nas potrafi wyliczyć na palcach u obydwu rąk przypadki w podobnym stylu. Ja potrafię, bez chwili zastanowienia.
Jedyne czego obawiałem się od samego początku, to aktor odgrywający główną rolę. Bałem się, że Colin będzie mnie drażnił - bo nie ukrywam, że najnormalniej w świecie go nie lubię. Ot tak po prostu, od dawna, za nic szczególnego. Uważam, że jest głupim cwaniakiem (z resztą ma to wymalowane na twarzy) i ta myśl sprawia, że filmy w których gra, jego kreacje aktorskie wcale mnie nie zachwycają. Tym razem było zdecydowanie inaczej. Krótko mówiąc: naprawdę dał czadu. Zagłębiając się: idealnie ukazał każdą emocję, wpasował się w bezbarwny świat, co wcale nie jest łatwe - według mnie bardzo, bardzo trudno zagrać swego rodzaju nijakość, obojętność, mieszaną z tłumionymi emocjami. Colinowi się udało. za co należą mu się wielkie brawa! Z resztą, prawda jest taka, że wszyscy aktorzy zasługują na pochwały. W sposób lekko groteskowy, przerysowany i naprawdę autentyczny ukazali całkowitą bierność wobec poleceń obsługi hotelowej, kierowanej przez władze. Odegrali prawdziwych ludzi zniewolonych chorymi wytycznymi świata. Niepisanymi zasadami. Ludzi uciekających ze skrajności w skrajność. Znamy to, prawda?
Nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnej muzyce, która tylko potęguje niesamowite wrażenie. Pogłębia, a jednocześnie wzbogaca bezbarwny świat, sprawia, że uczucie takiego przygnębienia, przytłoczenia, jest jeszcze większe. Do tego, piękne zdjęcia. Całe mnóstwo przepięknych ujęć, niebanalnych i zdecydowanie intrygujących rozwiązań. Cudowne widoki. Doskonały efekt. Twórcy tego obrazu zasługują na wielkie brawa. Za pomysł. Za odwagę. Za (wybaczcie) jaja. Za trzeźwe spojrzenie. Za błyskotliwe metafory. Tak, metafora to słowo klucz. "LOBSTER", to taka kinowa metafora dzisiejszego świata. Świata zniewolonego. Zniewolonego przez nas samych. Przez głupie oczekiwania. Świata gorzkiego i przerażającego...
TK.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz