DEMON, to film, na który czekałem z zapartym tchem. Dlaczego? Bo już w zwiastunie widać, że to coś innego, wreszcie coś świeżego, barwnego, niebanalnego, a jednocześnie lekko przerażającego i zapierającego dech w piersiach. Marcin Wrona zaryzykował, podjął się (według mnie) trudnego tematu, a może nie tylko tematu, co przede wszystkim trudnej stylistyki - postanowił połączyć najprawdziwsze, takie stuprocentowe polskie wesele z motywem opętania, metafizyką - coś w rodzaju połączenia komedii z horrorem - czy mu się udało? Czy warto poświęcić czas i pieniądze? Poszedłem, zobaczyłem i... podobało mi się, bardzo!
Jest sobie pewna para, która zna się już od jakiegoś czasu, ale mimo wszystko za krótko, by wiązać się na całe życie. Wbrew rodzinie decydują się na ślub - i właśnie w tym momencie poznajemy Żanetę (w tej roli Agnieszka Żulewska) i Piotra (Itay Tiran). Zakochany na zabój przyszły pan młody przyjeżdża do Polski, by zacząć wszystko od nowa z kobietą swojego życia w jej ojczyźnie, w starym domu odziedziczonym jeszcze po jej dziadku. Z racji, że to młody i pracowity człowiek, w przeddzień wesela postanawia zacząć lekkie prace porządkowe wokół przyszłego gniazdka... i wtedy wszystko się zaczyna - jak mam w zwyczaju mawiać: wtedy zaczyna się impreza. Oj, ale taka impreza najprawdziwsza. Piotr znajduje ludzkie kości, traci przytomność, a kiedy się budzi, okazuje się, że nie ma śladu po jego znalezisku. No i zaczyna się wesele. Prawdziwie polskie wesele. Goście przybywają tłumnie, najbliżsi podekscytowani - szczególnie brat panny młodej (w tej roli Tomasz Schuchardt), walczący o uznanie i szacunek surowego ojca-biznesmena (fenomenalny Andrzej Grabowski, który zaplusował tak bardzo, że nie mogę się do dzisiaj nadziwić), nastawionego do całego pomysłu z zamążpójściem ukochanej córki dość sceptycznie. Najpierw piękny, wzruszający ślub, później pierwsze tańce w rytm fantastycznie melodyjnej muzyki, kieliszek za kieliszkiem... I w tym całym weselu nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zachowanie pana młodego, z godziny na godzinę staje coraz to bardziej niepokojące, bo... pan młody jest opętany. [koniec spoilerowania]
Fantastyczny klimat polskiego wesela. Cudowna muzyka towarzysząca bohaterom przez cały czas i energiczne tańce w jej rytm. Wszystko tak rubaszne, że już bardziej się chyba nie da. Cycate kobiety, uwieszone na szyjach, ledwo stojących na nogach, młodych samców. Hektolitry wódki, przeładowane od jedzenia stoły, pijani ludzie w kameralnych, ba - czysto weselnych nastrojach. Każdy w starannie dobranym kostiumie, który i bardziej tandetny, tym lepszy. Dobra zabawa. A to wszystko w... stodole, która w jeszcze lepszy sposób oddaje klimat. Cały koloryt przedstawiony w sposób idealny. Zero przedobrzeń, przerysowań, zero przesady. Cudowna cudowność. Już za sam motyw polskiego wesela należą się twórcom owacje na stojąco.
Ludzie
dopatrują się ogromnej inspiracji weselem Smarzowskiego i w sumie
krytykują za to Wrone - być może jakaś tam inspiracja była, to nie
wykluczone, ale motyw polskiego wesela nie jest opatentowany, więc
sięgać po niego wolno każdemu. Wronie też. A może nawet przede
wszystkim, bo wiedział, co robi. Uważam, że (wbrew temu, co piszą
niektórzy) nie są to żadne ogrzewane kotlety, nie jest to żadna nowa
wersja, czy plagiat - to całkowicie nowe spojrzenie. Bardzo dobre nowe
spojrzenie pełne ironii, poczucia humoru, ludowości, kolorytu,
prześmiewczości... i faktów. Nie oszukujmy się - to są realia, ciągle,
mimo wszystko.Opinie na temat tego filmu są różne. Jedni chwalą i się zachwycają, inni nie rozumieją nad czym się tutaj rozpływać. Ja, zdecydowanie, należę do tej pierwszej grupy. To jeden z pierwszych filmów w tym roku, który zaintrygował mnie już od pierwszej obejrzanej zapowiedzi, trzymał w napięciu do premiery... (i co najważniejsze) nie zawiódł mnie - to na pewno! Świetny obraz wesela, który bawi. Cudowne podejście do tematu. Koloryt, ironia, prześmiewczość, o czym już pisałem. Na sali kinowej słychać było nieustający śmiech. I to wszystko wymieszane ze strasznym (w sensie - często przerażającym) motywem opętania. Genialne sceny, w których ciało głównego bohatera wygina się na wszystkie strony, przypominając taniec szaleńca. Bardzo dobra gra aktorska. Świetny Grabowski i Tiran, niezła Żulewska, jeszcze lepszy Schuchardt (w sumie bardzo zaplusował), mimo że drugoplanowo, to genialny Ogrodnik. Doskonałe kolory, jeszcze lepszy ogólny klimat. Odważne podejście do tematu - z resztą temat, na pozór dość banalny, też odważny. Bo trzeba umieć zrobić coś takiego ze smakiem, nie przerysować. Żeby nie przedobrzyć wesela i demonów w jednym. Tym bardziej, że Wrona stylizował film na horror, a w takich klimatach bardzo blisko jest do kiczu. Dobry film. Bardzo dobry film. Inny. Intrygujący. Polski. Zapierający dech w piersiach. Czego można chcieć więcej? Oglądaliście?
TK.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz