10/09/2015

CHEMIA - recenzja filmu


 

"CHEMIA", to dość głośny i wyczekiwany film inspirowany prawdziwą historią Magdy Prokopowicz – założycielki Fundacji Rak'n'Roll. To opowieść o dwojgu ludzi, którzy spotkali się w najgorszym z możliwych momentów. To opowieść o dziwnej miłości, takiej na śmierć i życie, balansującej na krawędzi z szaleństwem. O poszukiwaniu siebie. O walce do końca. O desperacji, o sile, poświęceniu dla drugiej osoby. "O miłości silniejszej niż strach. O tym, że warto kochać tak, jakby jutra miało nie być." To film, z jednej strony, zbliżony tematycznie do wielu innych, z drugiej zupełnie inny... i nie wiem, czy to komplement, czy wręcz przeciwnie...


Przygotowując się do recenzowania tej produkcji czytałem kilka innych opinii, recenzji - są całkowicie różne. Niektóre zbliżone do mojego zdania, inne takie, że zastanawiam się, czy na pewno oglądaliśmy ten sam film. No cóż, ile ludzi, tyle opinii, to jest akurat dobre. W każdym razie, tak, jak już wspomniałem - "CHEMIA" to opowieść o raku, a właściwie o wojnie z nim, różniąca się od tych, które już znamy. Lena i Benek, to ludzie po przejściach, którzy spotykają się w momencie, kiedy Lena (w tej roli Agnieszka Żulewska) ma raka obydwu piersi. Benek (Tomasz Schuchardt) oczywiście o tym nie wie. I zaczyna się jak w każdej komedii romantycznej- spędzają ze sobą kilka dni, a to w stolicy, a to nad morzem, robiąc spontaniczne, często głupokowate rzeczy, ciesząc się otaczających ich światem - tańcząc, pijąc i kochając się w każdym możliwym miejscu. Później Benek się oświadcza... i zaczyna się impreza. Koniec komedii romantycznej. W sumie, impreza to mocno średnie słowo, zaczyna się walka. Zaczyna się ucieczka. Zaczyna się prawdziwa wojna. Zaczyna się wzajemne wyniszczanie - bo właśnie tak odbieram ich relację. Z resztą, bardzo dziwną relację, w której mało rozmowy o emocjach, a dużo szaleństwa w każdej odsłonie, dużo pseudo spektakularnych posunięć (np. malowanie po ścianach, które akurat przypadło mi do gustu), dużo wybuchów. A w tle co? A w tle wspaniała muzyka MIKROMUSIC i wokalista, która pojawia się (nie wiem po co) w kilku scenach. Za muzykę to akurat brawo się należy!
 
Gra aktorska nie zachwyciła mnie w stu procentach. Zbyt teatralne sceny, przesadna dykcja, teatralne ruchy - to po pierwsze. Czułem się, jakbym oglądał teatr telewizji. Z resztą, gdyby nie sceny animowane (które, swoją drogą, bardzo mnie irytowały), to byłbym pewien, że to właśnie teatr. Chwilami średniawe dialogi, a za moment świetne. Chwilami średnie aktorstwo, tylko po to, by za moment fantastycznie odegrać rozpacz, bezradność, cierpienie i brak zgody, czegoś w rodzaju zezwolenia na śmierć - za to chwała twórcom! Ze skrajności w skrajność - tak, to dobre określenie tego filmu. Zastanawiam się, dlaczego był  reżyserowany właśnie w ten sposób. Czemu miały służyć te przerysowane sceny ukazujące radość. Czemu miało służyć to dziwactwo, ta teatralność. Czuję, że to nie był przypadek...

Co daje ten film? Każda produkcja tego typu sprawia, że w jakiś sposób doceniamy (chociaż na chwilę), to, co mamy. Współczujemy i zastanawiamy się... w sumie nad sobą. Ten film w sposób doskonały, a na pewno doskonalszy, aniżeli inne tego typu, pokazał, że ta walka, ta wojna z chorobą wyniszcza, nie tylko chorego, a w równym stopniu osobę w najbliższym otoczeniu. Osobę na pierwszej linii starcia. Pomijając całą listę niedoskonałości, niedociągnięć, postać Benka (jak dla mnie) była naprawdę świetna. Właśnie ta kreacja, doskonale oddaje to, jak ciężko jest patrzeć na cierpienie najbliższej osoby i jak przecieżko jest w nim uczestniczyć- pokazuje bezradność, wymieszaną ze strachem, cierpieniem, zmęczeniem, a jednocześnie z ciągłą naiwną, dziecięcą nadzieją. 



Kiedy wyszedłem z kina, nie wiedziałem co myśleć (ta, jakbym teraz wiedział). Nie wiedziałem, czy mi się podobał, czy nie. Jakaś taka pustka, jedna wielka. Bardzo dziwne uczucie. Takie obce. Obejrzałem już setki filmów, wychodziłem z kin (czy z pokoju, bo pirackie przecie najlepsze!) w różnym stanie: i zapłakany, i zszokowany, i zły, i ubawiony, i obrażony, zawiedziony, zażenowany - ale czegoś takiego jeszcze nie znałem. Wyszedłem pusty i zmęczony, jakiś taki dziwnie zadumany. Prawdę mówiąc, dzisiaj, trzy dni po seansie, w dalszym ciągu nie wiem, czy ten film jest dobry, średni, czy tragiczny. Nie wiem jak go ocenić. W sumie, to nawet nie wiem jak go ugryźć, jak interpretować, na czym się skupić, a właściwie to - na czym próbować się skupić. Ten film był dziwny. Tak po prostu: dziwny, dziwaczny i chaotyczny. Z jednej strony przerysowany, a z drugiej cholernie smutny. Za bardzo teatralny. Brakowało jakiejś takiej codzienności - to było skupisko kilku scen, bez takiej łączności. Ale mimo wszystko, to film zostający w głowie... ale ciągle nie wiem, czy to oblega, czy komplement. Oglądaliście? Co myślicie?


TK.

6 komentarzy:

  1. Oglądając zwiastun "Chemii" spodziewamy się kolejnej ckliwej historyjki o tym, jaka miłość jest piękna i jak bardzo dodaje skrzydeł. Chcąc wymienić wszystkie takie filmy musiałabym się zastanowić, czy umiem do tylu liczyć. Myślę, że w tym wypadku reżyser nie chciał zmierzyć się z rakiem i śmiercią - tylko z życiem. Z życiem we dwoje, które jest o wiele trudniejsze. "Musisz się w niej teraz śmiertelnie zakochać" - tak. Zakochać tak bardzo, żeby wybaczyć wszystko, pozwolić sobie na bycie workiem treningowym, dać przelać na siebie cały żal do świata. Nikt nie trzyma się za ręce bez przerwy i nie mówi "wycięli mi obie piersi ale co z tego jak mam Ciebie" - czy nie tego się spodziewaliśmy po tym filmie?
    Moim zdaniem film pokazał życie - które smakuje jak ciastko z kremem, kiedy spędzamy szalony czas nad Bałtykiem, albo jak nadpsute jabłko - kiedy walczymy z całym światem o każdy dzień. Zobaczyliśmy prawdziwy świat i nie wiemy co powiedzieć? Miałam to samo :) Ale bardzo się cieszę, że chociaż jeden odważny człowiek pokusił się o wyjście z Idylli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne napisane. Zgadzam się z tym, że oczekiwaliśmy kolejnej historii o miłości na całe życie, mimo wszystko, o miłości takiej bez skazy. Chwała twórcom - nie doczekaliśmy się. Nie ma takiej miłości. Pytanie, czy my chcielibyśmy czegoś tak idealnego? Czy te zawirowania, te życiowe zwątpienia nie są lepsze? Czy to właśnie nie jest życie?
      Jeżeli chodzi o tą płaszczyznę, płaszczyzne okazywania emocji, tych prawdziwych, tych życiowych - to ten film jest idealny.

      Usuń
    2. A co sądzisz o dziecku? Powinno się urodzić? Przecież było od samego poczęcia skazane na cierpienie i nieuniknioną stratę matki - jedynym wspomnieniem z dzieciństwa tej małej dziewczynki będzie płacz, złość, gniew i przeświadczenie, że życie to nieustanna walka. Czy takie dziecko na to zasługuje? Czy zasługuje na traumę jaką zafundowali jej moim zdaniem nieodpowiedzialni rodzice?

      Usuń
    3. To dobre pytanie. Szczerze? Uważam, że mimo wszystko, chyba nie powinno. Patrząc na to, co przedstawiają twórcy filmu, to rzeczywiście traumatyczne pierwsze (najważniejsze) lata. Biedna dziewczynka musiała patrzeć... na to wszystko. Zastanawiam się, czy ta decyzja nie była odrobinę egoistyczna....

      Usuń
    4. Może to nie do końca dobre słowo, ale trochę tak. Uważam, że skrzywdziła to dziecko, zniszczyła mu dzieciństwo rodząc je za wszelką cenę. Egoizm przejawia się w tym, że wg mnie potraktowała je, jako taki filar swojego życia, dla którego będę walczyć - może to dobre, ale ja chyba nie do końca jestem za niszczeniem pierwszych 5 lat życia dziecku. Może się mylę...

      Usuń