4/13/2015

dzień za dniem, dzień po dniu...

Powroty do codziennego biegu po chilloutowym weekendzie bywają naprawdę ciężkie. Ledwo człowiek wyhamuje, zatrzyma się na te 2 dni, podchodzi z głową w chmurach, a już trzeba od nowa się rozpędzać... Life is life. I jest tak jak w wybitnym serialu Plebania: "dzień jak co dzień, dzień po dniu, wciąż się dzieje życia cud".  





Każdy z nas potrzebuje nicnierobienia. Każdy z nas potrzebuje zwykłej odskoczni. Ot tak po porostu pospać do 11:00, wyjść na spacer, powygrzewać twarz w słońcu, zebrać myśli, pójść ze znajomymi na imprezę i pobujać się do łupanki, czy muzyki lat '90. Każdy z nas chce po prostu posłuchać swojej muzyki, poczytać książę, obejrzeć film, czy serial bez poczucia "mam jeszcze tyle do zrobienia". Każdy z nas chce pobyć sam ze sobą i zająć się tylko końcem swojego nosa - bo to jest potrzebne,  ba, rzeczywiście konieczne, żeby nie zwariować w tym powalonym, szybkim świecie i nie uwierzę, że jest inaczej!

A najgorsze są właśnie te powroty do rzeczywistości. Może najgorsze to za dużo powiedziane, ale na pewno bolesne. Nie oszukujmy się - organizm się buntuje i ciężko go przekonać, że czas na przebudzenie z dwudniowego beztroskiego, przyjemnego snu.        

 Swoją drogą,  Kraków z dnia na dzień jest coraz piękniejszy, dosłownie. Powiedzmy sobie wprost - zimą nawet Miasto Królów jest szare, brudne (a to, to przede wszystkim) bylejakie, takie smutne. Kraków wymiera na kilka miesięcy. Puste (jak na to miasto) ulice, mniej osób w klubach i innych  fajnych miejscach. Aż nagle zaczyna się wiosna,  a na usta ciśnie się pytanie: "gdzie, do jasnej cholery, podziewały się te tłumy?!" W sumie, to jest całkiem fajne - tak myślę. Chociaż, weźmy na przykład Zakrzówek (patrz na zdjęcie - polecam, idealny na sklejanie się do kupy i rozmyślania egzystencjalne) lepszy jest taki wyludniony - no cóż, nie można mieć wszystkiego.

~

PHOTO BY JULIA BAMBYNEK 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz