Dzisiaj (był) taki piękny dzień - mimo że już się kończy, to i tak nie możemy go zmarnować! Za oknem około 20 stopni (toż to lato prawie!), a weekend zapowiada się jeszcze bardziej... letni. Więc jak nie biegać, jak nie spacerować, to przynajmniej opalać się trzeba, czy wdychać to ciepłe powietrze, bez dyskusji!
Ale ja dzisiaj wyjątkowo nie chcę skupić się na tym, że wiosna jest super, że wiosna jest fajna, że to moja ulubiona pora roku. Dzisiaj chcę podzielić się krótką rozkminą dotyczącą... biegania.
Zgodnie z hucznymi zapowiedziami wróciłem do biegania. Staram się poświęcić te 20 minut 3 razy w tygodniu. To taki symboliczny czas, ale jak na początek, to chyba nie ma co narzekać. Szczerze powiedziawszy, sam nie do końca w to wierzę, bo w momencie, kiedy po całym dniu wracam do domu zazwyczaj zwycięża zmęczenie, a jak nie zmęczenie to moja choroba - LENISTWO. Bo przecież lepiej posiedzieć na fejsie, poczytać pudelka, pooglądać Szkołę (tutaj się nie wypowiadamy, zbyt świeży temat), czy inne ambitne seriale. Lepiej iść na piwo, pogadać z kimś, zrobić... rzeczy. Jakby nie było, zmobilizowałem się. Ba, nawet buty kupiłem (co prawda na promocji, ale to i tak coś) i do moich ukochanych dresików i bluzy ze starszego brata (tak, nie mam brata, tym bardziej starszego) dobrałem buty, po których nie bolą piszczele - bo nic bardziej mylnego w tym, że wystarczy chcieć biegać, a buty, to buty - nie mają znaczenia.
Uwierzcie mi na słowo, nie chcielibyście mnie zobaczyć po 4 kilometrach dość szybkim tempem (na razie tylko tyle, bo - nie oszukujmy się - więcej to nie dałbym rady). Moje nogi wysiadają, zwęglone płuca biegną za mną, twarz mam bordową. Dodam jeszcze, że mam niespełna 20 lat i to jest wstyd, żeby aż tak nie mieć kondycji, i żeby aż tak się 'zastać' i zaniedbać. To jest po prostu wstyd. Czas się trochę ogarnąć i zrobić wiosenne porządki nie tylko w mieszkaniu, ale przede wszystkim w organizmie i ciele - TOMASZ DOKTÓR.
Mimo wszystko, jestem pod wrażeniem tego, że po takim biegu jestem z siebie naprawdę zadowolony. Jest ta dziwna satysfakcja, nie ma uczucia 'zmarnowanego dnia'. Mózg dotleniony i ogólnie tak jakoś lepiej się robi na sercu. Jestem zdecydowanie z tych osób, które niesamowicie relaksuje taki, samotny, wieczorny bieg - słuchawki, moja muzyka (to niżej, to jeden z faworytów), brudne krakowskie powietrze i ja... do przodu! A soundtrack jest naprawdę ważny - ja do biegania potrzebuję muzyki niekoniecznie ambitnej i dobrej, a muzyki przy której się nie myśli, to moi faworyci:
Reasumując, jak już ja się zmogłem, to każdy może! Nie bądźcie gorsi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz