W życiu jest tak, że kiedy jesteśmy młodzi nie myślimy o chorobach, śmierci, czy o tym, że nadejdzie moment, kiedy będziemy uzależnieni od innych osób. Biegniemy, pniemy się po szczeblach kariery, zakładamy rodziny i wydaje nam się, że tak będzie już zawsze, że jesteśmy spełnionymi panami życia i nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Okazuje się, iż nie do końca...
Alice Howland (w tej roli zdobywczyni tegorocznego Oscara Julianne Moore) to kobieta sukcesu, kobieta zdecydowanie spełniona. Matka trójki dorosłych już dzieci, szczęśliwa i mimo upływu lat, ciągle zakochana żona. Szanowana profesor lingwistyki na Uniwersytecie Columbia, ceniąca ponad wszystko swój intelekt i rodzinę. Poznajemy ją w dniu jej pięćdziesiątych urodzin, pośród ludzi, których kocha, uśmiechniętą, szczęśliwą, beztroską i zadowoloną z dotychczasowego życia. Poznajemy ją w momencie, w którym nawet nie domyśla się tego, iż to jedna z ostatnich normalnych, całkowicie beztroskich chwil...
Uciekające wyrazy. Zapomniane spotkania. Problemy z orientacją w terenie. Coraz bardziej chaotyczne wykłady. Diagnoza okazała się jednoznaczna - wczesne stadium bardzo rzadkiej odmiany choroby Alzheimera. Dla Alice to coś w rodzaju wyroku śmierci. Kobieta, której całe życie opierało się na intelekcie, pamięci, nauce, uczelni dowiaduje się, że z dnia na dzień będzie mieć coraz mniej... siebie. A co w tym, mimo wszystkim jest najgorsze? Okazuje się, że jej choroba jest dziedziczna - 50% prawdopodobieństwa na to, że trójka jej dzieci w przyszłości przejdzie przez ten sam koszmar. Pogodzenie się z okrutnym, niesprawiedliwym i niezwykle trudnym losem, to dla Alice nie lada wyzwanie. Początkowo inteligentnie maskuje objawy, jednak zaskakująco szybkie tempo, w jakim posuwa się chorba w pewnym momencie to uniemożliwia. "Wolałabym mieć raka... nie czułabym się taka osamotniona, taka napiętnowana" - te wstrząsające słowa wypowie Alice. Słowa, które zdecydowanie dziwią, wstrząsają, ale i obrazują jej osobistą, wewnętrzną tragedię.
"Motyl Still Alice" to przejmujący, pełen cierpienia obraz osoby, której życie zmienia się z dnia na dzień. To dokładny, ale nie przerysowany obraz tej strasznej choroby, ukazujący zmagania głównej bohaterki. Obserwujemy, jak Alice traci samą siebie, a mimo wszystko, z całych sił walczy o zachowanie resztki godności, samodzielności. Z każdym ujęciem jest jej coraz mniej - ucieka to, co ceniła najbardziej, czyli swój mózg, intelekt. Przykro patrzeć na jej przemianę - z pewnej siebie, niesamowicie inteligentnej, niezależnej, pięknie wypowiadającej każde zdanie kobiety sukcesu staje się wrakiem człowieka, prawie nie kontaktującym się z otoczeniem. Kiedy sięgniecie po ten film, zobaczycie kilka scen, które ściskają gardło, żołądek - nie przez swoją tkliwość, ale przez autentyczność. Nie chcę spolierować, bo nie tędy droga, ale naprawdę AUTENTYCZNOŚĆ, to dobre słowo, obrazujące tę produkcję,
Twórcy filmu podeszli do zadania zdecydowanie profesjonalnie - nie pokusili się na wyciskanie łez za wszelką cenę, na ckliwe sceny, a przecież mogli. Nie starali się nikogo heroizować, wyświęcać, czy przedstawiać jako męczennika. Po prostu, realistycznie ukazali wędrówkę przez prawdziwe piekło, oraz najbliższe osoby Alice, zmagające się z wizją tego, iż ich mama/żona oddala się coraz bardziej i na zawsze zaszywa się w swoim świecie. Na swoisty fenomen tej produkcji składa się nie tylko temat, scenariusz, ale niezwykle klimatyczna muzyka i fenomenalne zdjęcia - dzięki nim w pewien sposób zagłębiamy się w psychikę bohaterki, obserwujemy, ba, uczestniczymy w tym okropnym dramacie...
Nie sposób nie wspomnieć o genialnej, fenomenalnej Julianne Moore - powiem tak: nie bez powodu właśnie za tę rolę otrzymała najważniejszą nagrodę filmową (OSCARA). Była po prostu f-e-n-o-m-e-n-a-l-n-a! To zdecydowanie jedna z jej najlepszych ról. W sposób niezwykle naturalny wciela się w osobę chorą na ciężką, nieuleczalną chorobę. Ukazuje każdą złą emocję, siłę charakteru i walkę wewnętrzną, nie tylko poprzez świetne, dosadne dialogi, ale przede wszystkim poprzez mowę ciała. Sprawia, że przez te 90 minut naprawdę lubimy filmową Alice i współczujemy jej z całego serca - nie dlatego, że kreacja jest żałosna, nie dlatego, że bohaterka prosi o litość, a dlatego, że jest tak PRAWDZIWA, tak AUTENTYCZNA i LUDZKA. Na długo w pamięci zostaje wzruszający monolog Alice, na dorocznej konferencji dotyczącej Alzheimera - myślę, że ta scena, te słowa na długo zostaną w mojej pamięci...
"Czuję jakby coś ze mnie uciekało. Czuje, jakby mi kurwa mózg zdychał - wszystko, na co pracowałam całe życie mi ulatuje!"
"Motyl Still Alice" to bardzo dobra, godna uwagi produkcja. Autentyczność to słowo, które najkrócej i najlepiej opisze, to co możemy zobaczyć. Myślę, że właśnie na tym polega jej fenomen - jeśli liczycie na wyciskacz łez, na ckliwe, wzruszające sceny, to od razu odpuście sobie seans. Nie znajdziecie tam nic, poza prawdziwym życiem. Wiadomo, film ten jest zdecydowanie smutny, sprawia, że zatrzymujemy się i zaczynamy (przynajmniej przez krótką chwilę) doceniać to co mamy, to, że "jesteśmy TU i TERAZ" . Zatrzymujemy się, rozglądamy dookoła i po prostu zastanawiamy się nad życiem, jego ulotnością. Całą historia opowiedziana jest z punktu widzenia głównej bohaterki, co w jeszcze większym stopniu pozwala nam zrozumieć jej niewątpliwie trudną sytuację.
Polecam każdemu, kto szuka ambitnego, niebanalnego i nieco smutnego kina, pozwalającego na przemyślenia i interpretacje!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz