Mimo że sesja w trakcie, musiałem (potrzebowałem) znaleźć czas na film - tym bardziej, że gala rozdania nagród Akademii Filmowej za pasem, a ja nominowanych filmów obejrzałem zaledwie kilka (tak, pracowite ferie przede mną) - inna inność jest taka, że filmy te dopiero od kilku tygodni pojawiają się w kinach... Jakby nie było, w kinie byłem i zobaczyłem produkcję nominowaną w 4 kategoriach (aktor pierwszoplanowy, aktorka pierwszoplanowa, scenografia i kostiumy). Czy uda im się zdobyć którąś z nich? I co właściwie sądzę o filmie?
Przenosimy się na początek XX wieku do Kopenhagi, gdzie żyje młode małżeństwo malarzy - Einar (w tej roli Eddie Redmayne) i Gerda (fantastyczna Alicia Vikander) Wegener. On odnosi sukcesy, ona ciągle szuka swojego stylu. Kochają się i bardzo potrzebują. To taka para, na którą dobrze się patrzy, bo to ludzie doskonale do siebie dopasowani. Jest cudnie, niemalże idealnie. Całe dnie spędzają przy sztalugach, na przyjęciach, których on nie za bardzo lubi i w łóżku, bo są aktualnie na etapie starań o potomka. I tak, jak wspomniałem, jest idealnie, ale on ma sekret... właściwie to nawet przed samym sobą. Sekret, który dociera do niego dopiero w momencie, kiedy na prośbę małżonki zaczyna jej pozować w przebraniu kobiety, następnie, całkowicie dla żartu, przebiera się za kobietę, o imieniu Lili. I nie byłoby w tym nic złego, a na pewno nadzwyczajnego, gdyby Lili nie zechciała żyć własnym życiem... gdyby Lili nie zechciała w końcu wyjść i żyć. To produkcja podejmująca problemy środowiska LGBTQ. Einar postanawia zmienić płeć - ich małżeństwo, ich uczucie, przyjaźń są poddane prawdziwej próbie (chociaż to słowo i tak jest za słabe). Każde z osobna musi zmierzyć się z problemami, z akceptacją i z życiem, które tak zaskakuje. To historia trochę o odkrywaniu siebie i pogodzeniu się z własną naturą, a trochę o miłości, takiej mimo wszystko. Mimo tego, że twój ukochany mąż postanawia być kobietą, którą, jak sam uważa, jest od dawna. Jak kochać, kogoś, w kim się nie zakochało? I jak przestać kochać miłość swojego życia?
Jeżeli chodzi o kreacje aktorskie - z przykrością stwierdzam, że Eddie bardzo mnie... irytował, co mnie zdziwiło, bo po jego Oscarowym filmie "Teoria Wszystkiego", byłem nim zachwycony i to szczerze. Kiedy zobaczyłem zwiastun, stwierdziłem, że to kolejna rola, która będzie nagrodzona przez Akademię. I twierdziłem tak, dopóki nie poszedłem do kina i nie zobaczyłem tej odsłony aktora. Rozumiem, że to wielkie wyzwanie, ale Eddie zaprezentował na ekranie jakieś 3 miny i ciągle powtarzał te same gesty. był jakiś taki sztuczny, taki dziwny... Nie wiem, może poprzednim filmem podniósł sobie aż tak poprzeczkę, a teraz za dużo oczekiwałem? Wielkie brawa należą się jego partnerce - Alicii. Wspaniała rola! Idealnie oddane emocje i dramatyzm postaci! Jestem pod wielkim wrażeniem, z całym przekonaniem mogę stwierdzić, że zdominowała film i przyćmiła oklaskiwanego, i dla mnie nijakiego, rozlazłego Redmayne'a. Kolejną postacią, o której nie sposób nie wspomnieć, jest dość mocno drugoplanowa Ulla (w tej roli zachwycająca Amber Heard) - artystka korzystająca z życia, imprezująca, rozchwytywana, sypiająca z kim tylko ma ochotę, taki barwny, wolny ptak. Rewelacyjna kreacja aktorska, dzięki której jeszcze łatwiej przenieść się w czasie. No i ta jej uroda...Moja główna refleksja: reżyser chciał zrobić film poruszający bardzo ważny temat, ale kompletnie nie wiedział jak, więc zrobił tak po swojemu. Przeczytałem gdzieś, że "zabrakło mu serca..." - i ja się z tym zgadzam. Należą się twórcom pochwały za przepiękne kostiumy, za zdjęcia, muzykę, za Alicię i obsadzenie jej w tej roli, za doskonale oddanie kolorytu prezentowanej epoki, ale to wszystko nie zmienia faktu, że niedosyt pozostał... i to wielki. Chwalony przeze mnie niejednokrotnie Xavier Dolan w swoim filmie "Na zawsze Laurence", poruszył taki sam temat i wyszło mu to obłędnie. Wydaje mi się, że to właśnie o wspomniane serce chodzi, o to, by nie zrobić zwykłej opowieści o arcytrudnej decyzji, a ukazać portret psychologiczny zarówno osoby, która postanawia zmienić płeć, ale i tej, która jest obok i łamie się jej serce. W "Dziewczynie z portretu" mamy tylko portret żony (z resztą bardzo udany), ale zdecydowanie zabrakło mi tego, co się dzieje w głowie Einara. Może się czepiam, ale nie czuję się usatysfakcjonowany po obejrzeniu tej hucznie zapowiadanej produkcji, bo można było zrobić ją dużo, dużo lepiej.
TK.



Prezentuje się całkiem nieźle, to jest trudny temat, i żeby go udźwignąć trzeba nie lada wyczynu. Z chęcią obejrzę :)
OdpowiedzUsuńSłyszałam wiele o tym filmie ale sama jeszcze się za niego nie zabrałam. W sumie to nie wiadomo czy polecasz czy zniechęcasz :P wg. mnie wszystko warto zobaczyć żeby samemu wyrobić sobie zdanie :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńmadrzej.blogspot.com
To dlatego nie wiadomo, bo ja sam nie wiem - pozostawiam to do indywidualnej oceny :)
UsuńŚwietna recenzja. Twoje rozdarcie sprawia, że chcę go obejrzeć jeszcze bardziej :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam