W prawdzie, Oscary już za nami - ale to nie powód, by nie pisać o kolejnych godnych produkcjach nominowanych do tej prestiżowej nagrody. Tym razem produkcja, która w światowych kinach wyświetlana była w maju ubiegłego roku, a na polskich ekranach pojawia się dopiero... dzisiaj. Tak, to co najmniej dziwne, ale dość typowe - dobre filmy zawsze są u nas później, ale żeby aż tak? Jakby nie było... skupmy się na odpowiedzi na pytanie: czy to rzeczywiście najpiękniejszy film (ostatnich lat) o miłości? Odpowiedź może być trudna...
Mamy lata 50 XX wieku, Nowy Jork. Dwie kobiety. Carol (posągowa piękność - Cate Blanchett), to przepiękna, pewna siebie kobieta po czterdziestce, przedstawicielka bardzo zamożnej klasy pracującej, uwieziona w nieszczęśliwym małżeństwie. Therese (w tej roli Rooney Mara, znana z filmu "Dziewczyna z tatuażem"), to jej całkowite przeciwieństwo - ma zaledwie 19 lat, jest bardzo cicha, niezbyt ładna, taka typowa szara myszka, marząca o pracy fotografa. Pracuje w ekskluzywnym domu towarowym, gdzie sprzedaje zabawki. Tam też dochodzi do ich pierwszego spotkania. Spotkania, od którego wszystko się zaczyna... Spotkania, które zmienia wszystko, dzięki któremu obie panie zyskają coś wyjątkowego, jednocześnie, jak to w życiu - wiele tracąc.
"CAROL", to tak naprawdę film o zakazanej, wielkiej miłości, bijącej od głównych bohaterek w każdym geście, spojrzeniu, w każdym słowie, a nawet milczeniu. O miłości, którą widz, najnormalniej w świcie - czuje. Zakazanej na każdym możliwym polu - w tamtych czasach homoseksualizm był piętnowany i uważany za chorobę psychiczną. Do tego dodajmy dość dużą różnicę wieku pomiędzy paniami, całkowicie inny status społeczny i fakt, że Carol, to matka i żona. Zaprezentowano nam piękny obraz szalonego i niewiarygodnie mocnego uczucia. Twórcy udowodnili, że nie tylko erotyczne sceny (chociaż tych też nie brakuje) mogą zobrazować wielką namiętność i magnetyczne przyciąganie, niemożliwe do kontrolowania. Todd Haynes - bo tak nazywa się pan reżyser - bawi się nie tylko sylwetkami głównych postaci, ale także scenografią, kostiumami, muzyką (swoją drogą scenografowie i pani kostiumograf także zasługują na wielkie brawa), dzięki którym pozwala nam poznać obie bohaterki, plastycznie wejść w ich historię, a sposób w jaki to robi, zdecydowanie zasługuje na wielkie brawa! Poza tym, nie tylko brawurowo opowiada nam tą poruszającą historię, ale - co dla mnie niezmiennie ważne - w sposób co najmniej idealny oddaje koloryt prezentowanej epoki, tym samym nie przesłaniając i nie przytłaczając tego, co najważniejsze, a zdecydowanie uatrakcyjniając obraz. Kolejne brawa należą się mu za umiar, wyczucie dobrego smaku i ucieczka od wulgarności, bo nawet w tych intymnych scenach, ani przez chwilę nie czujemy się zażenowani, czy zawstydzeni - skupia się na podkreśleniu piękna obydwu pań i ukazaniu emocji. Swoją drogą - umiar, to wielka sztuka, której coraz mniej w dzisiejszym kinie.
To produkcja o trudnej życiowej decyzji, która, niezależnie od kierunku, jaki przybierze, zawsze kogoś skrzywdzi, a już na pewno samą tytułową Carol. O momencie w życiu, kiedy nabierasz odwagi, by wreszcie podnieść wysoko głowę i być sobą, zacząć po prostu żyć, by zacząć walczyć o szczęście - a to dzięki jednej osobie. Osobie, która wywraca twoje dotychczasowe życie do góry nogami. Osobie, dzięki której czujesz, dzięki której wiesz, że chcesz zaryzykować dosłownie wszystko, niezależnie od konsekwencji. "CAROL", to film o tym, że życie lubi kopać w tyłek; ofiarować jedno, by z satysfakcją odebrać drugie. Film o wielkiej miłości matki do dziecka, gotowej na poświęcenia. O strachu, desperacji, bólu i ogromnym rozdarciu. O niemocy, słabości, zniewoleniu, poniżeniu, napiętnowaniu. O braku oddechu bez drugiej osoby. O nadziei, tęsknocie i wierze, że miłość przetrwa wszystko.
Zarówno Cate, jak i Rooney należą się wielkie brawa, ponieważ obydwie stworzyły doskonałe kreacje aktorskie. W sposób fenomenalny oddały każdą emocję, zobrazowały chemię niedopisania. Poruszyły mnie i były tak autentyczne, że sprawiły, iż najnormalniej w świcie im uwierzyłem, a to chyba największy komplement dla aktora/rki.
Zastanawiam się, jak odpowiedzieć na postawione pytanie... Czy to rzeczywiście najpiękniejszy film o miłości ostatnich lat? Nie wiem, czy najpiękniejszy, ale dla mnie zdecydowanie jeden z piękniejszych, jakie widziałem. To kino, zdecydowanie, nie dla każdego, dla mnie w 100 procentach tak. Już dawno nie widziałem, by historia miłości opowiedziana była z takim smakiem, z taka klasą, z taką dbałością o każdy szczegół. Twórcy ujęli mnie przede wszystkim tym, że z "CAROL" nie zrobili cukierkowej opowieści o lesbijkach, którym jest ciężko, a ukazali piękny obraz zakazanej miłości, związanej ze zmianą życia, bez której trudno przeżyć. Bez której nie warto żyć. W każdym razie - gorąco polecam!
TK.




Pięknie napisane! Od kiedy zobaczyłam zwiastun, wiem, że muszę wybrać się na film do kina. Tylko kurcze, u nas w kinie na razie ani widu, ani słychu...
OdpowiedzUsuń