11/09/2016

JESTEM MORDERCĄ - recenzja filmu.


Zazwyczaj do polskich produkcji podchodzę z bardzo dużym dystansem, co niejednokrotnie już podkreślałem - nauczyłem się, że zwiastun i często bardzo dobre recenzje wcale nie świadczą o tym, że dany film będzie dobry. Co więcej - nie świadczą nawet o jego ogólnej "znośności". Tak też było tym razem, poszedłem kompletnie bez żadnych oczekiwań, właściwie, to nawet całkiem niechętnie... i było warto. Zdecydowanie. Lubię polskie filmy, polskich twórców, którzy przywracają wiarę, którzy udowadniają, że to, co polskie też może być dobre, ba, nawet bardzo.





Mamy lata 70siąte dwudziestego wieku. Śląsk. Środek PRL-u wyczuwalnego i widocznego w każdym obrazie, w każdym miejscu, każdym kadrze. Poznajemy Janusza Jasińskiego (w tej roli Mirosław Haniszewski) - młodego milicjanta z dość dużymi aspiracjami, który po niepowodzeniu bardzo ważnego dochodzenia zostaje mianowany nowym szefem grupy mającej złapać okrutnego seryjnego mordercę kobiet, tak zwanego Wampira. Przez cały film jesteśmy świadkami przemiany głównego bohatera z człowieka skromnego, raczej spokojnego i wycofanego w interesownego i dążącego (po trupach) do celu. Porządnego faceta, idealisty w zwykłego, zepsutego karierowicza. Dążącego przede wszystkim do tego, by wykorzystać życiową szansę i udowodnić sobie, światu i władzy, iż wart jest zdecydowanie więcej, aniżeli można przypuszczać, aniżeli sam przypuszcza. To obraz pokazujący, że pieniądze i szeroko pojęte honory mogą naprawdę poprzewracać w głowie... każdemu.



Z minuty na minutę my, jako widzowie, jesteśmy coraz mocniej zaangażowani w dochodzenie oparte na faktach, bo film "JESTEM MORDERCĄ" inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami z początku lat siedemdziesiątych, co wstrząsnęło mną tak naprawdę najbardziej. Bo obraz zakłamania, bezwzględności i najnormalniejszego w świecie chamstwa (chociaż nie wiem czy to dobre słowo, raczej - okrucieństwa), wstrząsa niewątpliwie. Twórcom udało się w sposób co najmniej doskonały, odwzorować peerelowską rzeczywistość (a jak wiadomo, bardzo lubię ten klimat) - zaczynając od szarzyzny i poczucia beznadziei unoszącej się w powietrzu, przez różnorakie akcenty z tamtego czasu, takie jak: meblościanki, ubrania "gościny", czy wszechobecne papierosy odpalane jeden od drugiego - po władzę: bezwzględną, zakłamaną i niestety najnormalniej w świecie...głupią. Pieprzyca (reżyser i scenarzysta) idealnie dawkuje emocje. Bo w czasie oglądania tej produkcji nieraz można się uśmiechnąć, nieraz złapać za głowę, a jeszcze częściej odpłynąć w myślach typu: dokąd zmierza/rzał ten świat? Nie ocenia. Nie nakierowuje. Nie mówi co jest dobre, a co złe. Pozostawia bohaterów do analizy widzów. Tylko oni i my. Stąd też, śmiało mogę stwierdzić, że film ten to thriller psychologiczny, a za to, za sposób opowiedzenia, przedstawienia historii, wraz z dokładnymi portretami psychologicznymi, za wyczucie smaku i pozostawienie miejsca na własne interpretacje i osądy należą mu się wielkie brawa. Bo ni łatwo, tym bardziej w takim filmie, powstrzymać się od wyrażania opinii, nawet dyskretnie.
  

Nie sposób nie wspomnieć o aktorach. Reżyser postawił na nazwiska znane mniej, lub bardziej. W postać głównego bohatera (tak jak już wspomniałem) wcielił się Mirosław Haniszewski, którego, nie ukrywam, nie znałem wcześniej. Nie mniej jednak to był zdecydowanie dobry wybór, bo aktor pokazał, zagrał człowieka, który (tak sądzę) sam zaskakuje siebie. Swoim uporem, późniejszą bezwzględnością, desperacją, a nawet brutalnością. Brakiem człowieczeństwa. Tchórzostwem. Swoją dogłębną przemianą. Wyrażał to każdym ruchem, spojrzeniem, wypowiedzianym zdaniem. Nie ma co ukrywać - Agata Kulesza wcielająca się w postać drugoplanową, panią Kalicką, żonę głównego podejrzanego, dała czadu. Ta kobieta, to prawdziwy diament, który zagra dosłownie wszystko. Taka polska Meryl Streep. W tym przypadku, jej bohaterka (mimo wszystko) dodawała całemu filmowi sporą dawkę humoru, śmiechu, ale takiego przez łzy. Rewelacyjnie poradziła sobie z gwarą śląską. Jej bohaterka, mimo że kobieta lekkich obyczajów nastawiona na pieniądze, nieodpowiedzialna matka, dość wybuchowa, bezpośrednia i kontrowersyjna, zdecydowanie, a może mimo wszystko, budziła pozytywne emocje (przynajmniej we mnie). Jeżeli chodzi o Arkadiusza Jakubika wcielającego się w postać wspomnianego głównego podejrzanego, Wiesława Kalickiego, to z całym przekonaniem muszę przyznać, że poruszał najbardziej. Czym? Mnie samym spojrzeniem. Smutkiem w oczach rozwalającym na łopatki. To zdecydowanie tragiczna postać. Zdradzony i upokorzony mężczyzna oddychający tylko dla swoich dzieci. Przegrany - od początku do końca; można powiedzieć, że z góry skreślony. Poruszył mnie dogłębnie i za to wielkie brawa. Trzeba przyznać, reżyser z obsadą trafił w dziesiątkę. Bo czasem jest tak, że wychodzi się z kina i jedyna myśl o aktorach, to: rewelacja. Tak też jest w tym przypadku.


"JESTEM MORDERCĄ", to film zdecydowanie godny polecenia. Ze smakiem. Z gustem. Wszystkiego jest tak w sam raz - i PRL-u, i psychologicznego podejścia, i emocji, tajemniczości, niedopowiedzeń pozwalających na indywidualne interpretacje. Tak, twórcy nie oceniają, nie narzucają opinii, to rzeczywiście ogromna zaleta. Wielkie brawa za doskonałą obsadę, bez której na pewno ta produkcja nie miałaby żadnych szans. Wielkie brawa za idealnie oddany koloryt (tak, lubię to słowo) - zarówno PRL-u, który stał się jednym z bohaterów tej produkcji, jak i samego śląska ukazanego między innymi przez dialekt, czy mecze Górnika Zabrze. Za trzymanie w napięciu i za stopniowe przywracanie wiary w polskie kino. Bo (na szczęście) coraz częściej polscy filmowcy udowadniają, że stać nas na dużo, dużo więcej aniżeli głupie komedie romantyczne, których swego czasu w kinach było bardzo dużo.  Fajnie, że ten thriller trafił do kin, a jeszcze fajniej, że go zobaczyłem. To samo polecam Wam - myślę, że nie pożałujecie. Nie ukrywam, że po wyjściu z kina miałem mieszane uczucia - głównie dlatego, że to chyba nie do końca mój gatunek. Z drugiej strony, muszę przyznać, że to jeden z tych filmów, który zostaje w głowie na jakiś czas. Recenzję napisałem po kilku dniach - i dobrze, bo wszystko ułożyło się w głowie i zdecydowanie po analizach zyskało. Polecam!
 

TK.




1 komentarz:

  1. Polskie filmy są coraz lepsze. Czerwony smok, nawet Jeziorak teraz ten który opisałeś. Lubię takie kino, mocne, niespieszne....

    OdpowiedzUsuń