1/24/2016

JOY - recenzja filmu.


Jennifer Lawrence chyba polubiła się z reżyserem Davidem O. Russellem. To już trzeci film, który robią razem. Trzeci hit kinowy. I trzeci, dzięki któremu Jennifer ma bardzo dużą szansę na Oscara. Raz się udało ("Poradnik Pozytywnego Myślenia"). Jak będzie tym razem? Czy historia kobiety, która wymyśliła mopa i zbudowała imperium z akcesoriami domowego użytku, zapewni jej drugą statuetkę? Okażę się. Wracając do filmu - czy warto go obejrzeć? I o czym właściwie jest? Odpowiedź znajdziecie kilka wersów niżej....


Historia jest prosta: mamy Joy, stworzoną do wielkich rzeczy. To dziewczyna bardzo kreatywna, ze wspaniałą wyobraźnią, którą potrafi wykorzystać w życiu codziennym. Kto jak kto, ale ona może powiedzieć z całym przekonaniem, że "rodziny się nie wybiera". Poświęca się dla najbliższych, tym samym rezygnując z siebie. Pierze, gotuje, sprząta, wychowuje samotnie dzieci, usługuje matce, która całe dnie spędza przed telewizorem, wierząc, że telenowele to rzeczywistość, w piwnicy gości byłego męża, z którym nie jest już od 2 lat. Do tego, prowadzi księgowość w firmie ojca, wspiera go w coraz to nowszych romansach, kłóci się z przyrodnią siostrą, pracuje na lotnisku i spłaca kredy, ledwo wiążąc koniec z końcem. Każdy dzień, to wielkie wyzwanie. Każdy dzień, dla Joy, to walka i wielki żal. Żal do życia, do najbliższych... i do samej siebie. Bo przecież miała robić wielkie rzeczy... a skończyła z mopem w ręce. Jak się okazuje - życie bywa zaskakujące, a mop to słowo/sprzęt - klucz.

JOY, to film o amerykańskim śnie. Życie głównej bohaterki zmienia się w momencie, kiedy wymyśla wspomniany mop. Mop inny od tych już dostępnych - taki, który zachwyci każdą panią domu. Od tego momentu obserwujemy walkę o marzenia. Walkę o siebie. Długą drogę, jaką musi przejść, wszystkie przeszkody, jakie napotyka. Łzy, radość, zmęczenie i zniechęcenie - w tym wszystkim jej towarzyszymy. Dostrzegamy każdą jej silną cechę charakteru - determinacje, upór, pracowitość, dobre serce i twardy tyłek. Przez te kilkadziesiąt minut mocno zżywamy się Joy, trzymamy za nią kciuki, bo przecież, to taka dobra dziewczyna... taka jedna z nas, marzycieli. Obserwujemy, jak krok po kroku buduje prawdziwe imperium. Imperium oparte na swojej determinacji. Na pocie, na łzach i poświęceniu. Tak, Joy jest stworzona do wielkich rzeczy...


Jeśli chodzi o aktorów - bez zaskoczeń. Stała obsada. Jennifer Lawrence, którą bardzo lubię, gra bardzo dobrze, jak zwykle z resztą. Jest jedną z tegorocznych faworytek do Oscara, którego ja (mimo sympatii) bym jej nie dał, bo żadne to wielkie rzeczy na tym ekranie się nie dzieją. Z resztą, za "Poradnik Pozytywnego Myślenia", tego samego reżysera, za którego Oscara dostała, też bym jej go nie wręczył, a za "American Hustle" (dla odmiany - także tego reżysera), za którego prawie dostała Oscara, bym właśnie z całym przekonaniem jej oddał, bo to rewelacyjna rola. To nie znaczy, że według mnie Lawrence jest złą aktorką - wręcz przeciwnie, bardzo dobrą, ale uważam, że stać ją na więcej.... Mamy też Coopera, którego nie lubię bardzo (nie wiem czemu) i pana de Niro, który rewelacyjnie wciela się w postać starszego pana z wielką ochotą... na życie, tak to ujmijmy. Jest dobrze, mimo wszystko, ale uważam, że reżyser - pan David O. Russell, mógłby sobie obsadę wreszcie odmienić... nawet nie dla mnie, nie dla nas, co dla siebie.




Ten film, ogólnie, jest niezły.... tyle, że reżyser wcale nie próbuje kombinować. Chociaż, może inaczej: kombinuje z tym, że łączy ze sobą, baśń, telenowelę, american dream, komedię, dramat i film biograficzny; a odpuszcza w innych kwestiach. Mamy tutaj jego ukochany tercet: Lawrence & Cooper & de Niro. Mamy bardzo podobny styl. Podobne dialogi i sposób grania. Podobny sposób... kręcenia scen. Rozumiem, że każdy reżyser ma swój styl robienia filmów, ale to podobieństwo jest zbyt duże, tak sądzę. Poza tym, kurka wodna, odmienił by sobie już tych aktorów... bo ile można oglądać te same duety na ekranie. Lawrence gra z Cooperem w kolejnym filmie pana Russella (trzecim z rzędu). Dla mnie to trochę "Poradnik Pozytywnego Myślenia" i "American Hustle" razem.  Poza tym, było bardzo przyjemnie. To taka baśń, ale raczej w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To nie jest film, który wgniata nas w podłogę, zmienia nasze życie i myślenie. To po prostu przyjemna produkcja o tym, że nie można się poddawać i trzeba walczyć o swoje. O tym, że kiedy świat krzyczy, iż nie damy rady, powinniśmy podnosić głowę jeszcze wyżej. Zawsze i wszędzie na przekór światu... powinniśmy walczyć o siebie.



TK.

4 komentarze:

  1. Bardzo fajny post, ale.... no wlasnie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za recenzję. Filmu zapewne nie obejrzę, co wynika raczej z braku czasu niż z ignorancji, ale przeczytanie dobrego tekstu zmarnowanym czasem na pewno nie jest :) Sam film wydaje się być interesujący. Obsada wyborowa, tematyka intrygująca. Jednakże nie wzbudza we mnie nagłej, niewyjaśnionej potrzeby rzucenia się przed telewizor. Cóż. Może za mało fajerwerków... To chyba efekt mojego wypaczonego konsumpcjonizmu opartego na głodzie nadmiernych doznań. Właśnie. Założenia. Uprzedzenia. Tak się niszczy dobre kino :) Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. ... a wczoraj wyciagałam męża do kina :p Niestety wypadło nam nieoczekiwanie coś zupelnie innego, dlatego dzisiaj poratowałeś mnie tym wpisem i zrekompensowałeś straty :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Obejrzałam. Film jest słaby i jakiś taki dołujący... Przykre.

    Świetny tekst BTW:)
    pozdrawiam

    The Style Researcher

    OdpowiedzUsuń