"MOJE CÓRKI KROWY", to film, w którym zakochałem się od pierwszego zwiastunu. I to nie dlatego, że gra w nim Agata Kulesza, którą uwielbiam. To dlatego, że poczułem, iż będzie to produkcja o życiu, ze smakiem, bez przedobrzenia. Produkcja szczera i bezpośrednia. Spodobało mi się, kiedy reżyserka w jednym z wywiadów powiedziała, że tak naprawdę opowiada swoją historię z takim śmiechem przez łzy... i właśnie wtedy stwierdziłem, że to będzie COŚ. Po "CÓRKACH DANCINGU" przeżyłem wielki zawód i ze strachem poszedłem na drugi polski film - jak było tym razem? Czy warto spędzić czas z Córkami - Krowami?
Mamy dwie, kompletnie inne siostry - jedna z nich to Marta (w tej roli Agata Kulesza), bardzo popularna, ponad czterdziestoletnia aktorka, która mimo wszystko nie może ułożyć sobie życia. Druga, to niestabilna emocjonalnie Kasia (Gabriela Muskała), wybuchająca całkowicie skrajnymi emocjami, w najmniej spodziewanym momencie; to kobieta, która wychowuje nastoletniego syna i żyje w (co najmniej) nieudanym małżeństwie, ze zwykłym nieudacznikiem (Marcin Dorociński), typowym Polakiem-Cebulakiem. Od razu możemy zauważyć, że siostry, delikatnie mówiąc, nie za bardzo się lubią... w sumie, to nawet nie chcą się ani polubić, ani zrozumieć, ani zaakceptować.... do momentu, kiedy okazuje się, że ich mama jest chora. Właśnie w tym momencie wszystko się zaczyna. Bomba wybucha... i zaczyna się życie.
Rewelacyjna obsada. Agata Kulesza, która z każdym kolejnym filmem udowadnia, że jest prawdziwym diamentem, królową naturalności i kreacji aktorskich. W tej produkcji fenomenalnie wciela się w rozpoznawalną kobietę nienawidzącą swojego życia. Kobietę żyjącą... bo tak w sumie trzeba, bez jakiegokolwiek celu i pragnienia. Gabriela Muskała zyskała tak bardzo, że w sumie nie wiem jak to opisać - kojarzyłem ją tylko z pobocznymi, niczym niewyróżniającymi się rolami, a tu taka petarda! Rozchwiana emocjonalnie, przechodząca od dziecięcej radości, przez rozpacz najprawdziwszą, po prawdziwe problemy emocjonalne. Ge-nial-nie! Nie sposób nie wspomnieć o Marianie Dziędzielu, bo on, to już prawdziwe mistrzostwo świata! Ta naturalność, autentyczność... do tego stopnia, że widz zastanawia się, czy on na pewno gra, czy może przedstawia prawdziwego siebie... REWELACJA! A Dorociński? Wielkie zaskoczenie. Przywykliśmy do oglądania go na ekranie, wcielającego się w amantów, bohaterów i facetów co najmniej szlachetnych... a tutaj? Filmowy Grzegorz, to życiowa niedorajda. Taka chodząca porażka, po prostu. Wielkie brawa, dla wszystkich!Za co, reżyserce należą się największe brawa? Oprócz tego, że za wszystko, to za to, że nie przedobrzyła, a to taki temat, że naprawdę łato było. Że nie wyciskała łez, tak za wszelką cenę, nie zdołowała. Nie wciskała jakiś podniosłych nauk o tym, że powinniśmy spieszyć się kochać ludzi (mimo że powinniśmy). Za to, że po wyjściu z kina w każdym widzu (pewnie prawie w każdym) zostało jakieś takie ciepło, taka nadzieja i radość. Że każdy mógł wyciągnąć sam wnioski. Kinga Dębska, najnormalniej w świecie pokazała coś naprawdę trudnego. Pokazała... prawdziwe, normalne życie. Życie płatające nam figle, nieusłane różami. Z problemami, niezrozumieniem, łzami, krzykiem, kłótniami i zwykłym ludzkim żalem. Takie życie, kiedy jest aż tak źle, że człowiekowi pozostaje jedynie śmiech. Życie najprawdziwsze, które trzeba przeżyć, mimo wszystko...
Dawno nie widziałem tak dobrego, przyjemnego, nieprzedobrzonego polskiego filmu z dobrą, ba, bardzo dobrą obsadą. Było tak, jak chciałem, by było - z przymrużeniem oka, a jednocześnie autentycznie. Tak, autentyczność, to największa zaleta tej produkcji. Realizm. Humor. Śmiech przez łzy - samo życie, bo tak naprawdę, co nam zostaje w tak trudnych chwilach? Genialnie dobrana obsada (powtórzę się) - wydaje się nawet, że aktorzy wcale nie grają, tylko przyszli opowiedzieć nam swoje historie. Reżyserka pokazała, że wcale nie trzeba wyciskać łez, tak za wszelką cenę, by wzruszyć widza i sprawić, iż film zostanie w nim na długo. A temat na to pozwalał - Dębska za to, jak podeszła do problemu, ma u mnie wielki szacunek. A jeszcze większy za to, że opowiedziała swoją historię - pewnie, ba na pewno stąd, wynika wychwalana przeze mnie autentyczność. Z resztą, o tym, że jest to film najnormalniej w świecie GODNY obejrzenia, świadczy to, iż publiczność w kinie siedziała do samego końca - tj. do ostatniego napisu. Nie ukrywam, że pierwszy raz w moim życiu zetknąłem się z taką sytuacją, a w kinie bywam naprawdę bardzo często. Twórcy zaczarowali nas pięknem i dobrem płynącym z tego filmu.
TK.


Po opisie widzę, że pozycja obowiązkowa!!!
OdpowiedzUsuńtrochę się miotałam czy wydać kasę na kino, czy może poczekać na wydanie dvd i wybrać inną pozycję na duży ekran, ale teraz już wiem, że zobaczę ten film z ogromną przyjemnościa :)
OdpowiedzUsuń"Taakie życie, kiedy jest aż tak źle, że człowiekowi pozostaje jedynie śmiech."
OdpowiedzUsuńTwoja recenzja jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że MUSZĘ obejrzeć ten film. Jestem tu od niedawna, ale zagoszczę na dłużej.