4/27/2016

BULWAR - recenzja filmu.


Mamy 11.08.2104 r. - świat obiega informacja o samobójczej śmierci najweselszego człowieka na ziemi - zdobywcy Oscara - Robina Williamsa. Szok i niedowierzanie. "BULWAR", to ostatni film, jakiego się podjął. To film pożegnanie, w którym aktor przypomina na czym polega, a właściwie to polegał jego fenomen. O czym jest i do jakich refleksji zmusza?




Już na samym początku poznajemy dojrzałe małżeństwo z długoletnim stażem - Nelsona (w tej roli wspomniany Robin Williams) i Joy (Kathy Baker) Mack. Na pozór, ludzi spełnionych i zakochanych w sobie, mimo upływu lat. Jednak z każdą minutą dostrzegamy coraz wyraźniej, że małżeństwo to, najlepsze lata ma zdecydowanie za sobą. Śpią w osobnych łóżkach, rozmawiają ze sobą jakby z poczucia obowiązku i w sumie to pokazują się razem tylko podczas oficjalnych wyjść. Małżeństwo fikcja. Ale fikcja pełna marazmu i swego rodzaju zgody. Możemy nawet wnioskować, że między nimi, w dalszym ciągu jest coś w rodzaju uczucia i szacunku, ale miłością trudno to nazwać.  A na pewno ze strony Nelsona - wieloletniego pracownika banku, znużonego szarą codziennością. Wszystko się zmienia i zdecydowanie nabiera tempa w momencie, kiedy wracając późnym wieczorem poznaje młodego, sprzedającego się na ulicy Joy'a. Chłopaka, który całkowicie odmienia jego życie.  Chłopaka, który dodaje mu odwagi, by po sześćdziesięciu latach zacząć żyć naprawdę.  Nie, nie znajdziecie tutaj scen erotycznych, bo Joy (mimo chęci) nie w ten sposób pomógł swojemu klientowi...      

Robin Willimas, to aktor, którego zdecydowanie przedstawiać nie trzeba. Myślisz - ROBIN WILLIAMS - a po chwili jego przesympatyczna twarz przychodzi Ci do głowy. Przesympatyczna twarz i arcysmutne oczy, hipnotyzujące i przeszywające jakimś takim niepokojem wymieszanym z maksymalną rozpaczą i smutkiem. Trzeba powiedzieć wprost - to rewelacyjna kreacja aktorska Robina. Spisał się na medal. Ukazał każdą emocję, każdy stan, w jakim znajdowała się jego postać - od znużenia i zobojętnienia, przez walkę wewnętrzną, sprzeczne emocje, po poddanie się przez samym sobą. Uważam, że był rewelacyjny i w stu procentach uratował film... razem ze swoją filmową żoną - Kathy Baker - która także zasługuje na pochwały. Idealnie ukazała przez co przechodzi kobieta w sytuacji tego typu... wolę walki i ratowania związku, dla którego (jak się okazuje) przez lata oddychała. Oczywiście nie możemy zapomnieć (bo byłby to grzech śmiertelny) o Roberto Aguire - rewelacyjnie oddał tragizm swojego bohatera. Strach, rozdarcie pomiędzy dotychczasowym, zepsutym życiem, a wizją czegoś lepszego. Brawa!

To produkcja o tym, że nigdy, absolutnie przednigdy, nie jest za późno na zmiany. Że zawsze jest dobry czas, by zacząć wszystko od początku... by zmienić swoje życie. By żyć tak, jak chcemy w głębi. Że nie warto uszczęśliwiać całego świata, podczas gdy sami cierpimy - sami ze sobą. "BULWAR", to film o tym, że w życiu potrzebujemy jakiegoś impulsu, często upadku, czegoś w rodzaju zawodu, czy nawet upokorzenia, by zrozumieć, że czas rzucić wszystko, co nas męczy, co nas unieszczęśliwia, ogranicza. Że czas żyć. Z drugiej strony, to taki obraz, który nas ostrzega - ostrzega i pokazuje, że lepiej poddać się prawdzie wcześniej, aniżeli czekać na to przez całe życie. Taka przestroga. Wskazówka. Dobra rada - bo 60 lat okłamywania siebie, to dużo. Co najważniejsze, należy rozpatrywać to wszystko na wielu płaszczyznach - nie tylko orientacji, a nieudanych związków, pracy i wszystkiego, co nie daje nam spokoju. To taka pozycja, w której wielu widzów może odnaleźć siebie i swoje życie... i chyba właśnie na tym polega jej piękno.

Jedynie, do czego mogę się przyczepić, to scenariusz. Trochę banalne zakończenie, które właściwie jest bardzo przewidywalne - nie lubię tak. Lubię, kiedy dzieją się rzeczy, których bym się nie domyślił. Poza tym, są momenty, w których jakby czegoś brakowało, nie czegoś konkretnego i nie jest to jakoś rażące, ale coś jest nie tak w stu procentach. Mimo wszystko, film broni się bardzo dobrą obsadą i rewelacyjnym przekazem. Do tego fajny klimat, ładne kolory... i coś w rodzaju spokoju wymieszanego z zadumą wyczuwalną w powietrzu. I to smutne spojrzenie Robina - coś rewelacyjnego.



"BULWAR", to idealny film-pożegnanie. Bardzo godna, ostatnia kreacja aktorska Robina Williamsa - i to godna nie tylko dla jego wielbicieli, bo godna w ogóle. Spisał się na medal. Oddał każdą emocję. To film, przy którym należy się zatrzymać, otworzyć umysł i serce, zaglądnąć w nie (i co ważne - nie interpretować go tylko na jednej płaszczyźnie) i zastanowić się, czy nasze życie wygląda tak, jak powinno, tak jakbyśmy chcieli w głębi siebie. Czy rzeczywiście jesteśmy sobą, czy próbując oszukać siebie i innych, nie sprawiamy, że dzieje się jeszcze większa krzywda...



TK.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz