10/15/2016

OSTATNIA RODZINA - recenzja filmu.


"OSTATNIA RODZINA", to film, na który czekałem od dawna. Głównie dlatego, że Beksiński, to postać bardzo mocno związana z Podkarpaciem, z którego pochodzę. Myślę, że każdy kto przynajmniej odrobinę zna jego twórczość jest ciekaw w jaki sposób ukazane zostało jego życie, jego bliscy i on sam. Dodatkowo zachęca fakt, że film ten, mimo niedawnej premiery, otrzymał już nagrody na dwóch ważnych festiwalach. A więc... co sądzę o tej produkcji? Zawód, czy zachwyt? Przekonajcie się sami!



Mamy 1977 rok. Rodzina Beksińskich przeprowadza się z rodzinnego Sanoka do stolicy. Ciężki czas rozstania z małą ojczyzną, ze wspomnieniami, historią. Dwa mieszkania położone prawie obok siebie - jedno zajmuje Zdzisław z żoną Zofią oraz mamą (panią Beksińską) i teściową (panią Stankiewicz; drugie Tomek, jedyny syn, ostatni Beksiński. Trzy pokolenia, reagujące na zmiany w zupełnie inny sposób - wbrew pozorom, najmłodszy członek rodziny radzi sobie najgorzej. To czas, kiedy Artysta próbuje, niemalże całkowicie, poświęcić się sztuce. Czas, w którym Tomek stara się (dość nieudolnie i z wielkim oporem) radzić ze światem, na swój sposób niszcząc świat najbliższych. Czas, kiedy Zofia Beksińska, tak za wszelką cenę, stara się utrzymać rodzinę w całości, uratować ukochane dziecko, wspierać męża, opiekować się mamą i teściową, a jednocześnie być panią domu - tak, to zdecydowanie kobieta gigant. Nadchodzi moment, kiedy ich życie staje się bardziej zrównoważone - Beksiński podpisuje korzystną umowę, która ma zapewnić rodzinie pieniądze, Tomek staje się jakby spokojniejszy, troszkę bardziej opanowany, dostaje pracę, przez co pani Zofia spokojniej śpi... ale jak to w życiu często bywa - kiedy wydaje się, że wychodzimy na prostą... wszystko zaczyna się sypać.

W tym momencie twórcom należą się wielkie brawa - głównie za to, że postawili na ukazanie normalnego życia, zwykłej szarej codzienności. Chociaż w przypadku rodziny Beksińskich, Matuszyński (reżyser) postawił na kontrasty, na zdecydowanie trafne kontrasty. Bo z jednej strony dostajemy wielkiego artystę, wizjonera, a z drugiej faceta mającego problemy z biegunką, panicznie bojącego się owadów. Niektórzy zarzucają mu, że postawił na banalne, wręcz szkolne przedstawienie losów słynnej rodziny, ale ja nie mogę się z tym zgodzić, ponieważ uważam, że reżyserowi udało się pokazać, to, co najważniejsze - że wielki artysta też był człowiekiem. Że podobnie, jak każdy z nas borykał się z codziennymi problemami (mniejszymi, lub większymi), że wielkich ludzi nie omijają trudności. Przeczytałem gdzieś bardzo trafne słowa o tym, że otrzymaliśmy idealny obraz ukazujący, że "Beksińscy byli zarazem mali i wielcy, kuriozalni i pospolici." - i za to gratuluję twórcom chyba najbardziej. Za umiejętność pokazania szarzyzny życia, szarzyzny wymieszanej z czystym szaleństwem, dziwactwem zmiksowanym z tradycjonalizmem. Nie sposób nie wspomnieć o bardzo ładnych zdjęciach, pięknych kolorach, które paradoksalnie były okropne, szaro-bure. Jak często powtarzam - umiar i dobry smak, to podstawa. Brawo!



 Jeżeli chodzi o kreacje aktorskie - należą się wielkie brawa, naprawdę. Jestem zachwycony. Rzeczywiście, podczas tych dwóch godzin widać, że cała obsada włożyła dużo pracy i wysiłku, by wcielić się w powierzone im postacie. A kim najbardziej? Zdecydowanie, bez chwili zastanowienia Aleksandrą Konieczną i jej bezbłędną kreacją Zofii Beksińskiej. Poradziła sobie znakomicie. Pokazała kobietę, która z całych sił próbuje utrzymać rodzinę w całości, łagodząc każdy konflikt, wysłuchując wszechobecnych pretensji i zawodów; kobietę, która się wycofała i poświęciła marzenia, każdy oddech najbliższym. Ten smutek, zadumanie, ukrywane znerwicowanie, a jednocześnie ogromny spokój i cierpliwość... cierpliwość do życia, jakie jej się dostało. To kreacja idealna - nawet podkarpacki akcent, sposób bycia, każde smutne i zrezygnowane spojrzenie wykończonej kobiety, zostały ukazane bezbłędnie. Brawa, ogromne brawa, bo to wielka sztuka zagrać tak, by widz zaczął aktorowi najnormalniej w świecie... wierzyć. Przechodząc do Andrzeja Seweryna i Dawida Ogrodnika - oni też zrobili na mnie duże wrażenie. Mimo że męska część rodu Beksińskich wydaje się delikatnie przerysowana, to aktorzy w doskonały sposób ukazali ich charakterystyczny sposób bycia, słowa, powiedzonka, ośmieliłbym się powiedzieć, że i ruchy. Seweryn, jako Zdzisław, idealnie pokazuje spokój wymieszany z nutką szaleństwa, dziwactwa, artyzm i charakterystyczne dla artysty skupienie; Ogrodnik, jako Tomek pokazuje historię człowieka kompletnie zagubionego i zniszczonego przez własne demony, człowieka pełnego skrajności, z jednej strony desperacko pragnącego śmierci, a z drugiej - życia. Nie mogę nie wspomnieć o dwóch aktorkach wcielających się w mamy państwa Beksińskich - a głównie o pani Zofii Perczyńskiej, której to została powierzona sylwetka Stanisławy Beksińskiej - prawdziwe mistrzostwo świata. Każdy, kto zna chociaż trochę podkarpacki sposób bycia i mówienia, to zawodzenie starszych kobiet, radość z obecności wnuków, wie, że (mimo iż jako swego rodzaju tło dla głównych bohaterów) dała czadu!




Nie ukrywam, że "OSTATNIA RODZINA" (jak nietrudno się domyślić) zdecydowanie mnie zachwyciła. Prostotą, naturalizmem, dokładnym przygotowaniem, kreacjami aktorskimi, kolorami... Umiar i dobry smak, to podstawowa podstawa. Warunek konieczny, by otrzymać coś naprawdę godnego uwagi. W tej produkcji wszystko ze sobą współgra, a dopełnia to muzyka. Kontrast goni kontrast. Zgodnie z tym, co napisałem kilka wersów wyżej, dla mnie główną postacią tego filmu wcale nie jest Zdzisław Beksiński, nie jego oryginalny (to chyba najbardziej poprawne społeczno-politycznie słowo obrazujące Tomka Beksińskiego) syn, a jego żona - Zofia Beksińska. Kobieta trzymająca w ryzach całą rodzinę. Kobieta próbująca poradzić sobie z niełatwym życiem z artystą, a jeszcze bardziej wymagającym z ukochanym synem, z jego obłędem, próbami samobójczymi... z jego prawdziwym szaleństwem. Chyba drugi, czy trzeci raz w życiu zdarzyło mi się zastanowić, jak to jest możliwe, że aktor wcielający się w daną postać potrafi oczami oddać tragizm swojej roli. Bo przecież, słów, gestów, ruchów można się nauczyć, ale oczy? Tak jest właśnie w przypadku Aleksandry Koniecznej - jej oczy, ten smutek z nich bijący, ten żal do życia, a jednocześnie walka, walka mimo wszystko. Walka o normalność, o najbliższych. Polecam ten film każdemu, kto szuka obrazu codzienności w pakiecie z odrobiną artyzmu i szaleństwa. Bardzo dobry film!

Z tego, co wiem, film ten można jeszcze obejrzeć w KINIE ARS przez cały przyszły tydzień - nie zastanawiajcie się nawet, bo zdecydowanie warto!



TK.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz