4/04/2016

KONCERT JULII MARCELL W KRAKOWSKIM TEATRZE VARIETE.


Kolejny koncert z cyklu muzycznego VARIETE. Teatr zdecydowanie stawia na różnorodność i to bardzo, bardzo dobrze, bo możemy przenieść się do rozmaitych światów muzycznych. Po klimatycznym, lekko lirycznym i bardzo poruszającym koncercie rewelacyjnej Olgi Szomańskiej i Macieja Miecznikowskigo pt. "To jednak miłość",  przyszedł czas na alternatywę przez duże "A". Na scenę wskoczyła Julia Marcell, by promować swoje najnowsze wydawnictwo i przenieść Nas - widzów/słuchaczy - do swojego świata. Czy jej się udało? 


Już na samym początku przyznam się bez bicia - nie słucham Julii. Znam pojedyncze kawałki, ale na poziomie takim, że jestem w stanie rozpoznać jej głos, tekstów nie znam, zdecydowanie. Więc po co poszedłem na ten koncert, skoro nie potrafiłbym zaśpiewać ani jednej piosenki? Już wyjaśniam... Wybrałem właśnie ten koncert, bo bardzo podoba mi się idea, jaką (w mojej opinii) kieruje się Teatr Variete, coś w stylu - podczas naszych muzycznych wieczorów pokażemy Wam muzykę w każdej odmianie, ale niezmiennie na najwyższym poziomie - i ja to kupuję w 100%. Bo koncert Julii Marcell był bardzo ciekawym i jak dla mnie dość nowym doświadczeniem, na które z całą pewnością normalnie bym się nie zdecydował, a jednak się pojawiłem (bo jak szaleć, to szaleć)... i wcale nie żałuję.

Pierwsze spostrzeżenie - calutka sala wypełniona wielbicielami artystki, co do jednego miejsca. Fanami wiernymi i oddanymi, bo jak inaczej określić ludzi śpiewających każdy utwór na całe gardło i zrywających się z foteli w każdym możliwym momencie. Swoją drogą, bardzo fajnie, że Julia w pewnym momencie zaprosiła wszystkich pod scenę. Miło się patrzyło na rozemocjonowanych fanów ekscytujących się wydarzeniem i każdym słowem wyśpiewano -wypowiedzianym przez ich idolkę. Prezentowany repertuar był polsko-angielski, głównie z nowej płyty, która w całości wyśpiewana jest w naszym rodzimym języku. Bardzo spodobał mi się sposób bycia wokalistki na scenie, jej dość oryginalne ruchy i przeżywanie każdego dźwięku - wytwarzała wokół siebie niesamowitą, tajemniczą aurę, taki trochę swój zamknięty świat, do którego stopniowo, przez ponad godzinę, Nas wpuszczała. Udało się jej zaczarować, to na pewno. Kilka piosenek rzeczywiście wpadło mi w ucho i zaintrygowało, bo odnoszę wrażenie (przynajmniej tak to odebrałem), że opisują one współczesny, zepsuty i dziwny świat. Te po polsku (czyli z najnowszej płyty) były dość proste kompozycyjnie, ale zdecydowanie przebojowe i wpadające w ucho. Bardzo ciekawe rozwiązania melodyjne i ogólnie to... jestem na tak.

Nie ukrywam, że zachwyciłem się (tak bardzo, tak najbardziej) dwoma "rzeczami" - po pierwsze, światłami - idealnie dopełniły koncert, sprawiły, że świadomość uczestnictwa w czymś wyjątkowym, w czymś trochę z innej planety, było jeszcze bardziej wyraźne - także, panie oświetleniowcu, brawo! Druga i w sumie najważniejsza "rzecz", to wokal Julii - świeży i rzeczywiście bardzo, bardzo dobry. Pochwalić trzeba także chórzystkę - dziewczyny naprawę dały czadu!


Główny wniosek jest taki: muszę nadrobić twórczość Julii Marcell, bo wczorajszy koncert (co najmniej) mnie zaintrygował. Nie mogę się już doczekać kolejnego wydania cyklu koncertów VARIETE. Na kogo tym razem wypadnie? W którą muzyczną stronę skłoni się Krakowski Teatr Variete? Okaże się pewnie niebawem, ale jakby nie było - kupuję to w ciemno! 

TK.

1 komentarz:

  1. Przyznam Ci się szczerze, że nie słucham jej :(
    Może to najwyższy czas, żeby spróbować czegoś nowego :)

    OdpowiedzUsuń