5/29/2015

POLIKULTURA - pierwsze zawodowe dziecko.


Niejednokrotnie wspominałem już o festiwalu, który wraz z całym I rokiem zarządzania kulturą i mediami (btw mój kierunek studiów) przygotowujemy od kilku dobrych miesięcy. Ponad 150 osób pracuje na coś, co właśnie się dzieje. Ale o co tutaj w ogóle chodzi?






5/27/2015

dzieje się!


Cześć i czołem. Tak wiem - wstyd i hańba, przyznam. Trzy tygodnie nie pisać, to trzeba być mną. Blogerka wielka, za złotówkę. Ale co mam zrobić, że z biegu wpadłem w jeszcze większy bieg? Co mam zrobić, że ta pani lekkich obyczajów, co Sesja się nazywa, puka do mych drzwi? No ja ją mam gdzieś, ale ona puka i puka... ale ja się nie daję. 


W ostatnich tygodniach trochę się działo. Koniec semestru = pierwsze zaliczenia, prezentacje, które zabierają masę czasu i energii + wielkie, coraz większe przygotowania do naszego studenckiego festiwalu POLIKULTURA, którego oficjalne, wielkie rozpoczęcie już w ten piątek (a jutro zapraszamy na Kulturę Euromajdanu na Zabłociu).

TATUAŻ
W międzyczasie zdążyłem zrealizować swój kolejny cel, którym od dawna był tatuaż. Stwierdziłem, że dwudzieste urodziny, to idealny pretekst do tego, by po prostu odkładać 'zaskórniaki' i go zrobić, ot tak po prostu - w końcu nastolatkiem przestaje się być tylko raz!
 
 Już dawno podjąłem decyzję, że będzie to właśnie pióro. Jestem wielkim antyfanem przypadkowych tatuażów, takich 'bo modne', 'bo ładne', 'bo fajnie to wygląda' -wiadomo, wygląd jest ważny, ale nie najważniejszy. Uważam, że coś, co zostaje nam na całe życie musi być przemyślane i mieć sens, nie taki na pokaz, a dla nas samych. Musimy być przekonani w 100% , że tego chcemy, że nie będziemy się go wstydzić (chociaż tutaj nigdy pewności nie ma).

Problemem zdecydowanie był wybór tatuażysty, bo jak wiadomo, rynek jest przepełniony i nie wiadomo komu zaufać. Z wielkimi obawami, po licznych reaserch'ach wybrałem TATTOO FAMILIA. Dzisiaj wiem, że to był bardzo dobry wybór. Świetni ludzie, pełen profesjonalizm i co dla mnie najważniejsze - świetny tatuażysta, który słuch, dorada i dba o czystość, higienę. 
Na zdjęciu niewygojony, jeszcze ciepły, bardzo czarny, teraz obolała ręka i schodzący tusz. Zachciało się... ale zadowolony jestem, to przyznam. :)




FILM - statystowanie
Mam też okazję statystować w międzynarodowej produkcji o słynnym człowieku. Nic więcej powiedzieć nie mogę (tajemnica!), ale nie ukrywam, że to fantastyczna przygoda. Bardzo cieszę się, że po moich 'innych' przygodach ze statystowaniem (spróbujmy zapomnieć, ja próbuję!) trafiło się coś lepszego, dużo, dużo bardziej profesjonalnego. Wiadomo, to nic wielkiego, ot taki, zwykły statysta, jeden z wielu - ale tego, że żądny przygód jestem, nigdy nie ukrywałem, a to przygoda niewątpliwie była! Cudownie jest uczestniczyć w czymś takim, zobaczyć jak to wygląda, jak to się robi - z każdej strony osoba mówiąca innym językiem, odpowiedzialna za coś innego, słynne postaci polskiego kina (zagranicznego może i też, ale jakoś ich nie znałem). Poza tym kostiumy z zupełnie innej epoki, kilkudziesięciu statystów - no coś wspaniałego!




EUROWIZJA - moje top 3 !
Każdy, kto zna mnie chociaż trochę wie, że jestem wielkim fanem najbardziej obciachowego konkursu w Europie, jakim jest właśnie Eurowizja. Nie myślcie sobie, że w tym roku o nim zapomniałem. Jak zapewne każdy wie, poziom to nie jest najwyższy, ale jest przyjemnie i fajnie... i często wieśniacko. Polska, jak to Polska, ja się nie wypowiadam, nie chcę nikogo ani urazić, ani się nikomu narazić, ale zdecydowanie nie pochwalam takich wyborów. Natomiast muszę przyznać, że było kilka naprawdę dobrych kawałków - dobrych jak na eurowizyjne standardy.

Jak dla mnie wygrać powinni Włosi, którzy w rzeczywistości zajęli 3 miejsce, ale - dla mnie to zdecydowanie zwycięzcy. Pokazali, że można śpiewać w ojczystym języku i pokazać klasę. Podobało mi się bardzo. Świetne głosy, piękne wizualizacje i dobry kawałek.


Z tym miejscem się zgadzam - Rosja i w moim rankingu, i w tym oficjalnym na 2. miejscu. Bardzo eurowizyjny kawałek, ale wpada w ucho. Dobry głos, wszystko ze smakiem, jest dobrze! 


Szwecja. Tegoroczny zwycięzca. Jest dobrze, ale zwrotki bardzo, ale to bardzo przypomina utwór Davida Guetty "Dangerous", a refren Johna Newmanna "Love me again". Stąd też ja dałbym go na 3, bo piosenka wpada w ucho, ale tak jakoś mało oryginalnie. 



5/13/2015

co u mnie? brak weny.

 
Dziwne jest to, że kiedy pracowałem, biegałem jak głupi, łączyłem wszystko ze sobą jak tylko mogłem, ciągle zastanawiałem się "co jeszcze?", praca - uczelnia - dom - znajomi, nauka w tramwaju. Miałem więcej czasu. Zdecydowanie więcej. Więcej czasu, więcej energii i zapału do wszystkiego. Pewnie dlatego, iż wiedziałem, że po prostu muszę. A teraz nic nie muszę i jest jak jest...

Siedzę w domu, mam dość dużo pracy (tutaj nie ma co czarować), bo zaczynają się prezentacje, zaliczenia + festiwal za pasem, ale to nie jest problem, problem to zdecydowanie zła organizacja. Nie oszukujmy się - bez pracy mam dwa razy więcej czasu, a tak jakby się go mniej zrobiło... Zdecydowanie później kładę się spać, później wstaje (wreszcie się wysypiam), mam czas na seriale i książki. Ale niestety nie mam weny. Odeszła. Pewnie taki czas... pewnie wróci. Oby.

Poza tym nadchodzi moment grozy dla każdego studenta - sesja letnia. Jak zimową dało się przełknąć, to ta letnia, ta przed upragnionymi wakacjami będzie zdecydowanie dużo, dużo bardziej wymagająca. Ba, będzie hardcorowa. Mam kilka porządnych egzaminów, wymagających sumiennego przygotowania się, a ja zero chęci mam. Masa, masa i jeszcze raz masa materiału. No nie dam rady tak sobie po prostu, na spokojnie (po obiedzie) usiąść i poczytać, coś powtórzyć. Ej, w sumie to już jedną sesję zdawałem w tym roku - a jakby się tak obrazić i nie pójść? Tak, obrażam się i nie idę. Genialny pomysł. Brawo Tomku!

Łapcie dobry kawałek!


Trzymajcie kciuki, żeby WENA powróciła, a mój serdeczny przyjaciel LEŃ odszedł na długi, długi czas.

5/07/2015

powroty do życia i odwieczne idiotyczne starcie pt. 'Cracovie vs. Varsovie'.






[zdj. pt.: Tomasz, słońce i krzywy Pałac Kultury]


Za każdym razem, kiedy wracam do mojej bezpiecznej przystani (czyt. mojego domu rodzinnego) borykam się z dwoma, tak naprawdę całkowicie wykluczającymi się wzajemnie problemami - z jednej strony ciężko, po kilku dniach sielanki jest wrócić. Wrócić do życia, do otaczającej mnie rzeczywistości, do mojej nowej, krakowskiej rzeczywistości. Natomiast z drugiej strony, 'sielankując', każdego dnia coraz mocniej tęsknie za moim pięknym, śmierdzącym, zanieczyszczonym Krakowem, którego nie zamieniłbym na nic innego. Czy to początek choroby psychicznej? Rozdwojenie jaźni? Sam nie wiem...


5/05/2015

matura to bzdura?

Dokładnie rok temu - 05.05.2014r. zaczął się tygodniowy horror, którego nigdy nie zapomnę. Boże, jak ten czas szybko leci. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Zaczęło się (niby) niewinnie, językiem polskim. Lekki stres, gadanie, że jak będzie POTOP, albo WESELE, to ja wezmę to drugie (autentycznie frajersko w to wierzyłem... to sobie kurde nabrałem ten drugi temat). Później matma - stresowałem się jak głupi, papierosa to dosłownie połknąłem, dowód osobisty prawie złamałem, jak zobaczyłem zadania prawie wyszedłem - ogólnie to prawie...
Dużo, dużo stresu, jeszcze więcej presji, którą tak naprawdę narzuciłem na siebie sam. Matura jest bardzo ważna, to właśnie od niej zależy to, co będzie dalej...Ja jakoś nie wspominam pozytywnie tego czasu.




Studenci bardzo często mówią: "eeee, co tam matura! Sesja to jest hardcorowa!". Niestety nie do końca mogę się z tym zgodzić. Co więcej, pozwolę sobie to skwitować powiedzeniem: ZAPOMNIAŁ WÓŁ JAK CIELĘCIEM BYŁ - niestety. Żeby nie było, sesja jest bardzo ciężka (świeć Panie nad tą czerwcową), tutaj nie ma co dyskutować. Bardzo, bardzo dużo materiału, często złośliwi wykładowcy, trud połączenia imprezowego życia z nauką ( :] ), ogólnie trudne rzeczy (a na inżyniersko - ścisłych kierunkach przede wszystkim). Gadanie, że matura to bzdura, że to nic, jest co najmniej idiotyczne. Za każdym razem zastanawiam się, co to w ogóle ma na celu...

Kochani Studenci, nie oszukujmy się - presja nad nami nie jest aż tak ogromna. Mamy zerówkę, mamy pierwszy termin, mamy co najmniej jedną poprawkę, w ostateczności mamy nawet warunki. Maturzysta ma poprawkę w sierpniu, która i tak wyklucza go z pierwszej rekrutacji = nie idzie na wymarzone studia = wszystkie marzenia gdzieś się ulatniają. Maturzysta budzi się w maju i zdaje sobie sprawę, że to JUŻ. Że te trzy/cztery lata zleciały dużo, dużo szybciej, aniżeli się to zapowiadało. Że to koniec beztroski i wolności. Dla jednych to egzamin prowadzący do wymarzonych studiów, które mimo wszystko młodość przedłużają a dla drugich to tzw. egzamin dojrzałości oficjalnie rozpoczynający dorosłe życie pełne obowiązków. Matura to wcale nie jest bzdura - tak sądzę i zdania nie zmienię.

Maturzyści, już po matmie (czyli dla 60% już po najgorszym). Dajcie czadu, czegokolwiek byście nie planowali. Pozostałe egzaminy rozwalcie spokojnie, bez presji, będzie dobrze! :)

PS. Matmą się nie przejmujcie - jak ja zdałem, to znaczy, że zdać można. 

5/02/2015

Balony nad Krosnem - czyli co nieco o krośnieńskiej Coachelli.

Nie ma co ukrywać, mimo wielkich chęci działaczy kulturalnych, mimo dużego zapotrzebowania mieszkańców, na Podkarpaciu dzieje się niewiele - a już na pewno w Krośnie i okolicach. Wiadomo, jest kilka perełek, ale to ciągle za mało, o wiele za mało. I wcale nie patrzę na to z perspektywy krakowskiego życia, bo kiedy mieszkałem tutaj, na Podkarpaciu, mówiłem dosłownie to samo... ciągle brakuje nam wydarzeń kulturalnych.


Już na początku pozwolę sobie na parafrazę popularnego powiedzenia - jakie miasto taka Coachella, niestety. Balony nad Krosnem to taka krośnieńska Coachella - bo pamiętajcie, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. BALONY (bo tak skrótowo się je określa) to jedno z najbardziej obleganych i wyczekiwanych wydarzeń kulturalnych w Krośnie, co roku w majówkę. Na pewno jedno z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych. To nie tylko zawody balonowe, ale także koncerty, wesołe miasteczko, kupa jedzenia i jeszcze więcej alkoholu. Mimo że prawda jest taka, iż to nic specjalnego - każdy, a na pewno większość mieszkańców czeka z zapartym tchem na tą odmianę w szarym i często nudnym życiu.

Bardzo fajny jest właśnie cały niepisany rytuał tego przedsięwzięcia, któremu, nie ukrywam, co roku się podporządkowuje. Spotkanie ze znajomymi, wypad w plener z hektolitrami alkoholu, później wielkie gwiazdorskie wejście na lotnisko (miejsce imprezy), na które i tak nikt nie zwraca uwagi, ale fajnie jest połudzić się, że wyróżniasz się w tłumie, a później to z górki.... Piwo za piwem, karuzele (jak to na Coachellę przystało!), znajomi, których nie widziałeś już taki kawał czasu, bardzo, naprawdę bardzo miłe rozmowy. Są też spotkania z ludźmi, których niby znasz, ale skąd to już nie wiesz - polecam te rozmowy o niczym.  ;)

Pogoda co roku jest niepewna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przez całą majówkę nie padał deszcz. Ale nie myślcie sobie, że to przeszkadza w imprezowaniu pod gołym niebem, bo nie przeszkadza! Balony to okazja, żeby zobaczyć największą ilość ludzi w stanie mocno wskazującym... na cośtam w jednym miejscu. Z resztą, piszę jakbym był przynajmniej trochę lepszy... W każdym razie, jakby nie było, Balony to świetne miejsce spotkań.

A koncerty? TAAAKIE GWIAZDY - w tym roku Coma (tutaj akurat spoko!) i ta rozdarta dziunia z Media Expert. Kiedyś tam Blue Cafe, Ira, Bracia, Sylwia Grzeszczak, Afromental, Ania Wyszkoni (akurat na tych dwóch byłem zaskoczony, bo było naprawdę spoko). I nie ma co ukrywać - te koncerty przyciągają tłumy, bo za darmo, bo w Krośnie to jedyna okazja do posłuchania kogoś znanego, a że nie zawsze to wielka gwiazda jest, to słucha się po prostu tego, co dają.


4/29/2015

koniec kolejnego etapu - czyli krótka rozkmina o konflikcie pokoleń i pracy w call center.

Dziwne jest to, jak bardzo przywiązujemy się do rzeczy, miejsc, czy (chyba najbardziej) ludzi. Jak ciężko kończy się etap w życiu. Mimo że najpierw klniemy, narzekamy, to przychodzi moment, kiedy wszystko się kończy i jest tak dziwnie... tak przykro, cholera jasna. Czy nie łatwiej byłoby żyć tak obojętnie? Tak bez jakiegokolwiek przywiązania, sympatii, całkowicie bezosobowo?
[jedno z tych mega irytujących zdjęć w ogłoszeniach o pracę ;) ]

Pierwsza stała praca. Zabawiłem tam 7 miesięcy. Siedem długich miesięcy. Siedem pierwszych miesięcy w mieście królów - odwiecznym marzeniu. Siedem, prawdopodobne najważniejszych miesięcy, kiedy zacząłem nowe życie z dala od przyjaciół, rodziny. 170 km od dotychczasowego życia, do dzisiaj. I w tym wszystkim uczestniczyła właśnie moja praca.Wiecie co? Cholera jasna, zżyłem się ze wszystkimi tak bardzo - mimo że różnica wieku była bardzo duża, bo aż (co najmniej) 30 lat. Okazuje się, że to nie ma znaczenia...

Ta praca pokazała mi, że to nieprawda, iż młode pokolenie w żadnym wypadku nie może dogadać się z tym sprzed kilku dekad.To nieprawda, że odbieramy na zupełnie innych falach, że nie mamy o czym rozmawiać, że całkowicie się nie rozumiemy. To nieprawda, że nasze problemy, zainteresowania całkowicie się różnią. Wniosek, do jakiego dochodzę jest taki, że wina leży po obydwu stronach - my się po prostu nie chcemy dogadać. Przecież wiecznie modny i aktualny motyw konfliktu pokoleń jest taki popularny. Przecież łatwiej jest wykłócać o to kto ma rację, kto jest mądrzejszy i bardziej doświadczony, kto żył w trudniejszych czasach, a kto taki bardziej nowoczesny, modny i wyluzowany, aniżeli zamknąć usta, i przemilczeć swoją racje. Najlepiej, tak po polsku, pokłócić się z całym światem i sobie tkwić w przekonaniu, że konfliktu pokoleń przeskoczyć się nie da... A to nieprawda, gwarantuję na podstawie własnych doświadczeń. Nie wiem ile w tym mojego szczęścia do ludzi (na chcę zapeszyć, ale do tej pory niewątpliwie je miałem), ale trafiłem naprawdę na świetnych, pozytywnych ludzi, którzy, jak każdy - niezależnie od wieku - mieli też swoje humory, problemy. Ludzi, dzięki którym dalej wierzę w to, że normalność nie wymarła.


Mimo że praca była jaka była (czego można spodziewać się po call center?) to ten etap w moim życiu będę wspominał z dużym uśmiechem. To był dobry czas. Szybki, wypełniony obowiązkami do granic możliwości, czas ciężki do ogarnięcia, ale zdecydowanie dobry. Już dzisiaj wiem, że dziwnie będzie funkcjonować bez 'słuchawki', problemów klientów - bez pani Krysi, co okradł ją syn, pani Zosi, co czeka na wnuki ze Stanów, pana Mariana, co nie lubi smutasów, zboczonej pani Uli, co gada tylko o tym, co zbereźne, a nigdy nic nie kupi, Marysi, która choruje na raka, czy pana Waldka historyka, który uważa, że moje nazwisko może pochodzić z Jugosławii. Praca w call center to prawdziwa podróż przez ludzkie problemy i odchyły... ale żeby już tak ciągle nie słodzić, to i walka o przetrwanie - przede wszystkim psychiczne. Wcale nie jest tak lekko i superowo.

Reasumując, świetna atmosfera, ciekawe doświadczenie i zaprzeczenie powszechnie znanej opinii - w call center da się wytrzymać dłużej niż miesiąc - wystarczą chęci, naprawdę! :)

4/21/2015

today is my birthday.

Nadszedł ten dzień, kiedy przestałem być nastolatkiem. Nie jest to dzień wcale smutny, ale z uwagi na sentymentalizm, w który uwielbiam wpadać - porozkminiamy. A tak fajnie mieć to naście...      



To jest bardzo dziwne, bo tak jakby wczoraj odliczałem dni do 18stki, bałem się żeby nie rodzice nie wyczuli alkoholu, papierosów - te magiczne pięć minut, kiedy wchodzisz domu i dziwnym trafem trzeźwiejesz na moment, żeby zaraz położyć się w swoim łóżku i odlecieć z samolotami w głowie. A co to za radość była, kiedy się udało i nikt się nie zorientował... jaka ulga. Nie ukrywam, że tego 'rytuału' to aż mi brakuje, bo wiadomo to co nielegalne jest najlepsze - nie oszukujmy się! A teraz, co to za radość? Pijesz, spotykasz się znajomymi... i tyle. Zero adrenalinki w postaci rodziców. 

Pamiętam, jak planowałem imprezę osiemnastkową, (to akurat kilka dobrych lat) milion pomysłów, od balu maskowego po imprezę tematyczną żeby później postawić na kameralną imprezę wśród najbliższych znajomych w domowym zaciszu. Dylematy jaką wódkę kupić, zaprosić ją, jak ona mnie nie zaprosiła? Te lamenty mojej mamy dotyczące tego, że może akurat nie będziemy robić imprezy, że to tyle roboty, przygotowań (mimo  wszystko była zadowolona, bo było spokojnie  stwierdziła, że mam kulturalnych znajomych i niech tak myśli nadal - tak, nie widziała wszystkiego).




Latka lecą, normalka. To prawda, że do 18stki się dłuży, no ale później? MASAKRA. Dzień za dniem, rok za rokiem... A ja? Ja to ciągle jestem, mimo wszystko, tym samym Tomkiem. Tomkiem z wielkim uśmiechem, prostackim poczuciem humoru, zagubionym spojrzeniem. Wiadomo, zmieniam się - dziwne by było gdyby tak się nie działo - ale staram się pozostać sobą. Jedyną refleksją jest to, że zamiast coraz mądrzejszy, to coraz głupszy się staję. Że czasami za bardzo wierzę w ludzi. Ale kurka wodna (pozdrawiam pana profesora!) jestem na fajnym etapie w swoim życiu, nie ma co narzekać, a te dwadzieścia lat to najlepsze dwadzieścia lat, jakie mogło mi się przytrafić. Masa cudownych ludzi, wspaniałych miejsc i przygód...
 Kurde, chyba teraz najlepsze (jeszcze lepsze?) lata przede mną, nie? Jakby nie było, zamierzam je wykorzystać z całych sił! W końcu - 20 lat ma się tylko raz! :)

Czego sobie życzę?

  • Zdrowia - bo jak to mówi moja babcia Janina: "Jak jest zdrowie, to jest wszystko..." To prawda. Możesz mieć kasę, miłość, świetna pracę i cudownych przyjaciół - nie masz zdrowia to nic z tego. 
  • Żeby na drugiej sesji poszło mi jak na pierwszej.
  • Konsekwencji w realizacji celów. 
  • Siły dużo, żebym nadążał za sobą.
  • Dużo, dużo inspiracji i radości.
Resztę przyjmę, wiadomo - i tak innego wyjścia nie mam! Żadnych postanowień, planów, będzie po prostu jak ma być. :)


~

PIOTR KARWAT PHOTOGRAPHY

4/15/2015

COACHELLA FESTIVAL.

Pierwszy weekend jednego z najpopularniejszych, a na pewno najmodniejszych festiwalów świata za nami! Ponad pół miliona uczestników, tłumy gwiazd. COACHELLA FESTIVAL to nie tylko święto muzyki. To święto muzyki, mody, sztuki i dobrej, ba, świetnej zabawy.



I kiedy tak jak ja siedzisz przed swoim laptopikiem, który mac'iem nie jest, zasmarkany z toną chusteczek higienicznych, w tej swojej Polsce i ze łzami w oczach łudzisz się, że kiedyś i ty poskaczesz w rytm największych hitów z gwiazdami znanymi z portali plotkarskich (i nie tylko, bo gwiazdy wielkiego formatu też się tam bujają, np. moja przyszła żona - Beyonce bywa tam co roku) i tłumem Amerykanów, ubrany w ciuchy co najmniej ze specjalnej festiwalowej kolekcji H&M'u - usiądź ze mną, pofantazjujemy razem!          
                        
Już na początku uświadom sobie, że na 85% akurat na ten festiwal cie nie zawieje, bo daleko i drogo. Ale zawsze pozostaje 15%, a to jakaś nadzieja jest. Tymczasem zapchajmy się czymś słodkim na pocieszenie - ty pewnie przytyjesz, ja (niestety) na pewno nie...

W tym roku, podczas pierwszego weekendu koncertowicze mogli pobawić się na koncertach między innymi [całość obok] AC/DC, Florence and the Machine, Drake'a, Davida Guetty, Rayana Adamsa, Jacka White'a, Marina and the Diamonds, Lykke Li, Hoziera, The Weekend, Azealii Banks... i wielu, wielu innych.

Jednak odnoszę wrażenie, że tutaj nie do końca o muzykę chodzi. Tam po prostu trzeba być, trzeba się pokazać, modnie, stylowo ubrać... i bardzo, bardzo dobrze się bawić. Pić, tańczyć, śpiewać i nie byłby w tym nic dziwnego (wszystko, co wymieniłem jest w 100% festiwalowe), ale na tym trzeba dodatkowo 'uważać', bo fotoreporterzy są wszędzie. Oczy całego świata skierowane są właśnie tam... bo jest modnie.




Fenomenalny koncert powracającej z nowym materiałem Florence. Zachwycam się, z każdą minuta coraz bardziej. Jej naturalność na scenie mnie powala. I ta radość z koncertowania. Cudownie, że do nas wraca i trzymajmy kciuki, żeby naszą POLSZĘ odwiedziła, a najlepiej do Kraków (taka piękna Arena wybudowana, toż to nie może się zmarnować!). Podczas koncerty Drake wyskoczyła oczywiście babcia Madonna, coś tam pokrzyczała do mikrofonu.... i skandal - wsadziła język w gardło młodego wokalisty. Madonna, jak to Madonna, zrobiła trochę szumu koło siebie, bo nowa płyta sama się nie sprzeda.


W tym roku mnie tam jeszcze nie było, ale pracuję nad tym... :)

4/13/2015

dzień za dniem, dzień po dniu...

Powroty do codziennego biegu po chilloutowym weekendzie bywają naprawdę ciężkie. Ledwo człowiek wyhamuje, zatrzyma się na te 2 dni, podchodzi z głową w chmurach, a już trzeba od nowa się rozpędzać... Life is life. I jest tak jak w wybitnym serialu Plebania: "dzień jak co dzień, dzień po dniu, wciąż się dzieje życia cud".  





Każdy z nas potrzebuje nicnierobienia. Każdy z nas potrzebuje zwykłej odskoczni. Ot tak po porostu pospać do 11:00, wyjść na spacer, powygrzewać twarz w słońcu, zebrać myśli, pójść ze znajomymi na imprezę i pobujać się do łupanki, czy muzyki lat '90. Każdy z nas chce po prostu posłuchać swojej muzyki, poczytać książę, obejrzeć film, czy serial bez poczucia "mam jeszcze tyle do zrobienia". Każdy z nas chce pobyć sam ze sobą i zająć się tylko końcem swojego nosa - bo to jest potrzebne,  ba, rzeczywiście konieczne, żeby nie zwariować w tym powalonym, szybkim świecie i nie uwierzę, że jest inaczej!

A najgorsze są właśnie te powroty do rzeczywistości. Może najgorsze to za dużo powiedziane, ale na pewno bolesne. Nie oszukujmy się - organizm się buntuje i ciężko go przekonać, że czas na przebudzenie z dwudniowego beztroskiego, przyjemnego snu.        

 Swoją drogą,  Kraków z dnia na dzień jest coraz piękniejszy, dosłownie. Powiedzmy sobie wprost - zimą nawet Miasto Królów jest szare, brudne (a to, to przede wszystkim) bylejakie, takie smutne. Kraków wymiera na kilka miesięcy. Puste (jak na to miasto) ulice, mniej osób w klubach i innych  fajnych miejscach. Aż nagle zaczyna się wiosna,  a na usta ciśnie się pytanie: "gdzie, do jasnej cholery, podziewały się te tłumy?!" W sumie, to jest całkiem fajne - tak myślę. Chociaż, weźmy na przykład Zakrzówek (patrz na zdjęcie - polecam, idealny na sklejanie się do kupy i rozmyślania egzystencjalne) lepszy jest taki wyludniony - no cóż, nie można mieć wszystkiego.

~

PHOTO BY JULIA BAMBYNEK