10/31/2015

październikowe muzyczne perełki.



Kontynuując autorski cykl, tym razem wyjątkowo niespóźniony, prezentuje październikowe muzyczne inspiracje. Przyznam, że nowa, świeża muzyka zaczęła się pojawiać w moich słuchawkach dopiero w drugiej połowie miesiąca - przerażony myślałem: "Cholera, co ja tutaj wstawię na podsumowaniu miesiąca, skoro słucham ciągle tego samego?!". Na szczęście muzyka przyszła do tego stopnia, że zastanawiałem się, co wybrać. Bardzo owocny miesiąc ciekawych odkryć. Kilka nowości, kilka powrotów na moje królewskie playlisty - z resztą, przekonajcie się sami! :)



10/28/2015

ADELE.


 Kilka dni temu usłyszeliśmy pierwszą od 3 lat piosenkę - zapowiedź następczyni historycznej płyty '21', wydanej w 2011 roku, ciągle okupującej światowe listy najlepiej sprzedających się albumów. Świat oszalał, prawdziwie oszalał. Każdy z zapartym tchem czeka na premierę nowego krążka, na wielki powrót Królowej kojenia serc, Królowej emocji, czystych emocji. Powrót arcyartystki XXI wieki. Bez udziwnień, bez kombinacji, bez skandalu i szoku. Czysta muzyka. Tak, o Adele mowa. Znów będzie koić. I dzięki Ci, Boże, że nie przyszło jej do głowy zająć się tylko macierzyństwem. Dzięki Ci, za Adele - tak, po prostu. Dzisiaj skupiam się właśnie na niej. Na coraz silniejszym fenomenie Adele Adkins. Czy słusznym?


10/24/2015

DEMON - recenzja filmu.


DEMON, to film, na który czekałem z zapartym tchem. Dlaczego? Bo już w zwiastunie widać, że to coś innego, wreszcie coś świeżego, barwnego, niebanalnego, a jednocześnie lekko przerażającego i zapierającego dech w piersiach. Marcin Wrona zaryzykował, podjął się (według mnie) trudnego tematu, a może nie tylko tematu, co przede wszystkim trudnej stylistyki - postanowił połączyć najprawdziwsze, takie stuprocentowe polskie wesele z motywem opętania, metafizyką - coś w rodzaju połączenia komedii z horrorem - czy mu się udało? Czy warto poświęcić czas i pieniądze? Poszedłem, zobaczyłem i... podobało mi się, bardzo!


10/21/2015

Demeter i Kora.


 

Jesień. Przyszła, choć wcale jej nie zapraszałem. Wprosiła się, jak co roku. Cwaniara. Desperatka. Wredota. Nie lubimy się od dawna i pewnie się już nie polubimy. Po prostu - nadajemy na innych falach, zdarza się. Pewnie mamy do siebie dużo żalu, pewnie za dużo... w każdym razie ja mam, od dawna. Bo jesień wiele krzywd mi wyrządziła, bo jesień była tłem złych dni i złych czasów, i to właśnie na nią staram się zwalić wszystko życiowe niepowodzenia, porażki. I żeby chociaż ta cała jesień ładna była, taka, jak w podręcznikach, książkach, albumach - złota, kolorowa i przede wszystkim piękna - to ja bym może nawet spróbował się z nią pogodzić, może nawet zaakceptować, wybaczyć, (bo z ewentualną sympatią, to bym nie przesadzał) a tu nic, ani złota, ani kolorów, a tym bardziej piękna. Bo kilka ładnych dni nie jest w stanie mi wynagrodzić reszty paskudnych - taki już jestem, byle czym się nie zadowalam.

Jaka jest ta jesień według mnie? Że brzydka to nie będę powtarzał, bo po co? Każdy to wie. Chyba jestem dziwakiem, bo ludzie lubią jesień, ba, uważają, ze to najpiękniejsza pora roku - akceptuje, ale się nie zgadzam. Jest przygnębiająca, jest smutna, depresyjna.  Demeter żegna się z córką, a to wszystko odbija się na nas (tak, kurka wodna, nie powinno być). Zawsze powtarzam, że mieszanie życia prywatnego z zawodowym to brak profesjonalizmu - Demeter, ogarnij się. Przyroda płacze i jakby z ludzi też życie uchodziło. Smutne, zmęczone twarze, pozawijane (już od teraz) w miliony szalików i czapek - bo jak się nie zawijać, jak zimno? Kiedyś to przynajmniej październik był ciepły, a teraz to nie, musi ta złośliwa cholera postawić na swoim. Jesień kojarzy mi się z biegiem, ale nie tym fajnym, tylko takim bezsensownym, takim bez celu. Biegiem dla samego biegu. Z brakiem czasu, z brakiem energii i jakiejś takiej większej chęci do życia. Takiej bardziej wyrazistej. Takiej na 100%. Z brakiem sensu, mobilizacji, celu. Jesienią łóżko staje się wygodne, mieszkanie przytulne, a pościel jedynym celem. Codzienna walka. Cholera, jak ja nie lubię jesieni...



Kilka tygodni bez słońca, a organizm już tęskni, już się buntuje. Już nie chce wstawać rano, nie daje energii na cały dzień... I w ogóle mnie wkurza, bo nie chce współpracować, cwaniakuje, stawia na swoim. I jesień mnie wkurza, i te ciągłe zmiany pogody, te promienie słońca na minute, tylko po to, by zaraz wiał wiatr i padał deszcz. Zero kolorów, tylko syf, zimno i deszcz. Nie bawię się tak. Jestem obrażony na jesień, bo to właśnie przez nią nie mam weny; pustka w głowie - tylko tyle. Stąd taka cisza tutaj. Zastanawiam się tylko, czy w życiu nie ma i tak zbyt dużej ilości smutku, problemów, porażek, wstydu, głupich ludzi i innych takich, żeby jeszcze ta...  jesień? Bo co niby wnosi w nasze życie? (Pozdrawiam)

TK.

10/09/2015

CHEMIA - recenzja filmu


 

"CHEMIA", to dość głośny i wyczekiwany film inspirowany prawdziwą historią Magdy Prokopowicz – założycielki Fundacji Rak'n'Roll. To opowieść o dwojgu ludzi, którzy spotkali się w najgorszym z możliwych momentów. To opowieść o dziwnej miłości, takiej na śmierć i życie, balansującej na krawędzi z szaleństwem. O poszukiwaniu siebie. O walce do końca. O desperacji, o sile, poświęceniu dla drugiej osoby. "O miłości silniejszej niż strach. O tym, że warto kochać tak, jakby jutra miało nie być." To film, z jednej strony, zbliżony tematycznie do wielu innych, z drugiej zupełnie inny... i nie wiem, czy to komplement, czy wręcz przeciwnie...


10/04/2015

wrześniowe muzyczne perełki.

 
Jak zwykle spóźniony ja. Już październik od czterech dni, a ja dalej o wrześniu. Tak to jest, jak człowiek odkłada wszystko na ostatnią chwilę. A tutaj pierwsze zajęcia, praktyki, pierwsze imprezy, a z tym wiąże się to, że mam dużo, dużo mniej czasu. Czas znowu się przeprogramować i nauczyć żyć po krakowsku. Kontynuując mój autorski cykl, tradycyjnie, chciałbym skupić się na muzyce miesiąca poprzedniego. Wrzesień był wypełniony różnorakimi dźwiękami do granic możliwości. Pewnie dlatego, że miałem bardzo dużo czasu na poszukiwania, być może za dużo. Szukałem, szukałem, wiele znalazłem, wiele odkryłem - było trochę komercyjnie i jak zwykle spokojnie... Oto moje wrześniowe inspiracje: 



9/29/2015

może nad morze?


Jedni lubią słońce, inni deszcz, miasta, wsie, równiny, czy góry, a jeszcze inni morze -bardzo często spotykamy się absurdalnym starciem, porównywalnym z tym warszawsko-krakowskim (równie niewykonalnym): MORZE vs. GÓRY. Bo jak wybrać, co jest lepsze? Jak zestawić ze sobą dwa zupełnie inne światy? Jak porównać klimat, widok, powietrze? Dwie odmiany piękna. Uważam, że to po prostu niewykonalne. Ja zdecydowanie stwierdzam, że wolę morze (nie ubliżając górom) - bo tak po prostu. Może dlatego, że jestem z południa Polski i wyjazd na "północ" to prawdziwe święto? A może dlatego, że woda to mój żywioł? Jakby nie było, morze TO JEST TO. 



9/16/2015

PIEŚŃ SŁONIA - rezenzja filmu.

 
Doskonale nam znany młody reżyser, aktor i scenarzysta Xavier Dolan za wszelką cenę chciał zabić swoją matkę. Bez skutku próbował już w kilku swoich (dla mnie naprawdę świetnych, chociaż zdaję sobie sprawę, że to kino nie dla każdego) filmach... i nie wychodziło, mimo że naprawdę się starał. Potrzeba było produkcji w reżyserii kogoś zupełnie innego, by się udało. I tak właśnie jest w "Pieśni Słonia". Ale czy to pozycja, którą bez najmniejszych wyrzutów sumienia możemy postawić obok "Zabiłem swoją matkę", czy jednego z najbardziej klimatycznych filmów na świecie - "Mama"? Już na wstępie mówię: według mnie - kompletnie nie.

 

9/07/2015

telewizyjny gnój.

Jest wrzesień. Jeszcze niecały miesiąc do mojego wielkiego powrotu. No i ostatni miesiąc z telewizorem (Boże, jak to brzmi). Wrzesień oznacza początek nowych telewizyjnych ramówek. Ja, kiedyś prawdziwy, niekwestionowany król wszystkich (dosłownie wszystkich) programów rozrywkowych, siedzę przed telewizorem i tak jakoś się zastanawiam. Zastanawiam się, czy to we mnie zaszły aż takie zmiany... czy po prostu telewizja i jej propozycje są coraz to bardziej debilne i jakoś kompletnie nie zaspokajające potrzeb odbiorcy. A może właśnie TAKA telewizja je zaspokaja, a ja, jak to ja, jestem staroświecki i najnormalniej w świecie się nie znam?


9/03/2015

krakowskie tęsknotki.

 Jest wrześniowy wieczór, prawie 22:00, a ja, jak to ja - mam potrzebę podzielenia się rozkminą. Tym razem taką pochwalną, taką przepełnioną tęsknotą... taką krakowską. [Polecam od razu kawałek, który znajduje się pod tekstem, bo tak jakoś pasuje... :) ]

 Po dwumiesięcznym odwyku od miasta królów, zmuszony przez niecierpiące zwłoki sprawy, po "królewsku", w niewygodnym autobusie, którego nie polecam, po 3 godzinach i 20 minutach, powróciłem. Kiedy wysiadłem z ów przeciasnego autobusu relacji KROSNO - KRAKÓW, KRAKÓW - KROSNO (bez wymieniania nazwy firmy, chociaż to się samo ciśnie na usta...), lekko speszony zadałem sobie pytanie: TĘSKNIŁEŚ? Przez całe dwa dni się nad tym zastanawiałem, a odpowiedzią już się dzielę:

Nie przypuszczałem, że aż tak bardzo mi go brakuje, autentycznie. Że tak bardzo tęsknie za tym klimatem. Za tym brudem, syfem i smrodem. Nie przypuszczałem, że aż tak brakowało mi Krakowa. Wystarczyły dwa dni. Dwa głupie dni, podczas których miałem milion spraw, by przypomnieć sobie, jak bardzo brakuje mi tego "KRAKOWSKIEGO GNOJU" (wybaczcie za zwrot, ale niestety pasuje najbardziej). Tego mojego pędu, studiów, przyjaciół i znajomych. Zdałem sobie sprawę, że rok, który już za mną w zupełności wystarczył. Wystarczył by się dopasować, by pewnie i przesiąknąć. By, kurde, tęsknić za moim krakowskim życiem. Za nowym domem. Za tym co sobie zbudowałem i co dopiero zaczynałem budować. Ale kiedy po całym dniu, wyszedłem na balkon, rozejrzałem się po moim Ruczaju (dzielnica Krakowa) i zaciągając się na przemian z papierosem, jeszcze bardziej szkodliwym powietrzem (albo raczej czymś powietrzopodobnym) swierdziłem: To prawda, że wszędzie dobrze, że w domu najlepiej - ale od roku mam drugi dom i z całą miłością do mojego podkarpacia, do mojej cichej przystani, ja to bym się już na stałe nie wrócił.

I może to brzmi, jak jedna wielka przesada, czy jakaś tam odmiana snobizmu. Nie dbam o to. Kiedy końcem czerwca, po zdanej sesji, wracałem do domu najnormalniej w świecie - cieszyłem się. W sumie to nie ma co ukrywać, że odetchnąłem wtedy z ulgą, byłem szczerze zmęczony wszystkim - Krakowem też... a może nawet przede wszystkim. Każda miłość potrzebuje odpoczynku, nawet moja do tego miasta. Ale po całych dwóch miesiącach na ojcowiźnie i w kraju sąsiednim stwierdzam, że naprawdę mi go brakuje - ze wszystkim, co w nim dobre, co rewelacyjne i zachwycające, ale także z tym co złe, okropne, i zniechęcające. Taka miłość bezgraniczna, prawda? A może to już fanatyzm? Trudno - taki już jestem.

Szczerze: nie mogę się już doczekać, aż ja i miasto królów znów stworzymy duet doskonały. :)


 
[Łapcie jeszcze kawałek piękny, pasujący do moich wynurzeń!]

TK.